Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Karnkowski,
22.03.2022 20:15

Stajnia Ławrowa

Rosjanom nie należy wierzyć w ogóle i wydawałoby się, że dziś pod takim stwierdzeniem podpisałby się chyba każdy. Kto zaś podpisać by się nie chciał, spotkałby się z oskarżeniami o prorosyjskość. Nic bardziej mylnego. Nieufność wobec kremlowskich polityków w wielu głowach kończy się tam, gdzie zaczyna się szansa na uderzenie w PiS. 

Historia biegnie w ostatnich dniach dramatycznie szybko, lecz niezależnie od tego, co się jeszcze wydarzy, wtorkowo-środowa wyprawa do Kijowa z udziałem premierów Czech, Słowenii i Polski oraz wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego nadal będzie zapewne wydarzeniem dyskutowanym. I, co nie ulega wątpliwości, dyskredytowanym. 

Lekarstwo na wyrzut sumienia – dyskredytacja

W czasie gdy determinacja większości polityków zachodnich ogranicza się do kombinowania, jakie jeszcze sankcje można rzucić opinii publicznej, sprytnie je przy tym obchodząc, dwóch Polaków, Słoweniec i Czech pojechało pociągiem do miasta znajdującego się pod stałym ostrzałem. Wsparło broniącego się prezydenta Zełenskiego dyplomatycznie, politycznie i moralnie, a Jarosław Kaczyński przedstawił postulaty dotyczące realnego, międzynarodowego wsparcia dla Ukrainy.

Interes, by zdyskredytować to zdarzenie, mają politycy w kraju i za granicą. Od samopoczucia Wołodymyra Zełenskiego i walczącej Ukrainy ważniejsze są biznesy i słupki poparcia. Nie zmieni tego obklejanie się ukraińskimi flagami na tysiąc różnych sposobów. Skoro więc wyprawa czwórki polityków wykazuje, że można działać inaczej, pójść i pojechać (dosłownie i w przenośni) dalej i odważniej, ci, którzy wybierają zaciszne gabinety i bezpieczne telewizyjne studia, tracą w oczach swoich wyborców. 

Dodatkowo zbiega się to z sytuacją, w której Polska musi radzić sobie z potężną, dwumilionową już falą ukraińskich uchodźców, a państwa Zachodu okazują się systemowo niewydolne przy zderzeniu z niewielkimi odpryskami tego zjawiska i duszą się po przyjęciu grup kilku- lub kilkunastotysięcznych. Politycy chcą mieć spokój i spokoju tego bronią o wiele skuteczniej niż pokoju. 

Odkręcić kota ogonem i science fiction

Jednak reakcje przynajmniej części zachodniej opinii publicznej odbiegają od tego, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić. „Dziennik Gazeta Prawna” szeroko cytuje artykuł Dirka Schuemera z „Die Welt” pt.: „Dość nagonki na Polskę, proszę!”, w którym znajdziemy m.in. takie słowa: „Możecie sobie myśleć, co chcecie, o stosunku Kaczyńskiego do UE, gejów czy opozycji politycznej – w tej chwili, także pod jego egidą, Polska bierze na swoje barki główne zadanie przyjęcia i opieki nad ponad półtora milionem uchodźców wojennych.

A wszystko to w czasie, gdy w Berlinie administracja, straż graniczna i służby ochrony przed katastrofami jak zwykle załamują się pod napływem kilkudziesięciu tysięcy uchodźców”. Konkluzja Schuemera nie wszystkim nad Wisłą będzie się podobać. „Ta wojna, która nie jest tak blisko nas, jak naszych polskich sąsiadów – pisze niemiecki publicysta – byłaby może dobrą okazją do zaprzestania modnej obecnie nagonki na Polskę. I pamiętania, że Polacy (może nie wszyscy, ale większość), tak jak w 1939 r. czy 1980/81 r., znów nadstawiają karku za wolność nas wszystkich, za godność Europy, i znów ponoszą większe ofiary niż my, Niemcy. Również w Pradze i Budapeszcie ludzie doskonale wiedzą, jak to jest, gdy po ulicach przejeżdżają rosyjskie czołgi”.

Jak temu zaradzić? Oznajmić, że wyprawa nie była odważna, a co najwyżej brawurowa, że nie miała większego znaczenia, wreszcie, że propozycja powołania międzynarodowych oddziałów pokojowych jest niemożliwa do wykonania, a przy tym bardzo groźna dla bezpieczeństwa tej pozornie jeszcze wciąż niezagrożonej części kontynentu. I wszystko to się oczywiście w przestrzeni medialnej, zwłaszcza w Polsce, pojawiło, tak jak w głowach sporej części sympatyków opozycji pojawiły się fantazje o ewentualnym zamachu na podróżujących. Względnie o tym, że polskie władze w porozumieniu z Kremlem jadą wystawić Rosjanom prezydenta Ukrainy. Wszystko to jednak mało, zwłaszcza gdy pojawia się tylko w internetowym, toksycznym z nienawiści ścieku. 

Scenariusze Ławrowa i Giertycha

Na scenę wkracza jednak rosyjski szef dyplomacji Siergiej Ławrow, nie tak dawno chwalony na warszawskich i europejskich salonach, i przedstawia własną, bardzo sprytnie skonstruowaną wersję zdarzeń. Pojawienie się sił pokojowych na Ukrainie miałoby być według Ławrowa pretekstem do długotrwałej okupacji Lwowa i zachodniej Ukrainy przez polski kontyngent wojskowy, więc do faktycznej, choćby tylko tymczasowej rewizji powojennych granic. 

Przekaz ten obliczony był zapewne przede wszystkim na skłócenie Polski zarówno z sojusznikami z Zachodu, jak i z samymi Ukraińcami. Nie ma u nas właściwie żadnych liczących się głosów domagających się korekty granic, a jeśli już temat ten się pojawia, to raczej w wymiarze sentymentalnym, nie politycznym. Dobrym przykładem może być stanowisko rapera KęKę, który w swoim czasie nagrał utwór „Jeden kraj”, upominający się o polskość Lwowa, a 24 lutego pisał do swoich fanów na Facebooku następujące słowa: „Uprzedzając komentarze dotyczące fragmentów mojej twórczości sprzed 10 lat, zachęcam do obejrzenia np. mojego wywiadu dla portalu Nam Zależy z 2014 r., w którym jasno podkreślam, że moim ówczesnym celem było krzewienie pamięci o polskiej historii kresowej, a nie rewizjonizm granic czy podważanie prawa do samostanowienia naszych sąsiadów. Piszę to, abym ja oraz moja twórczość nie był użyty wbrew swojej woli do antyukraińskiej propagandy. (…) Niepodległa i niezależna Ukraina nie jest zagrożeniem dla pokoju, a ofiarą napaści”. 

To oczywiste dla nas, jednak nie musi być takie dla innych i Rosjanie dobrze o tym wiedzą, sięgając po podobną narrację. Co ważne, nie po raz pierwszy. Latem 2020 r. pojawiły się w polskiej przestrzeni publicznej głosy o ewentualnym odzyskaniu Grodna, a białoruski dyktator straszył swych obywateli polskimi zakusami na białoruskie ziemie. „Jest zupełnie oczywiste, że Grodno powinno, w przypadku rozpadu Białorusi, trafić do Polski. PiS to wie, ale boi się powiedzieć” – stwierdzał na Twitterze publicysta Tomasz Sommer, a Roman Giertych uzupełniał tę uwagę swoją ni to prognozą, ni to pozorowaną wiedzą zakulisową, pisząc: „Za chwilę PiS to ogłosi. Będą starali się podgrzać nacjonalizm jak sanacja w 1938 r. Po to, abyśmy wyszli z sojuszy z Zachodem. I zostali wspólnikami Putina (…)”. 

Nie ma się więc co dziwić, że dziś to właśnie on lansuje podobną narrację w odniesieniu do Ukrainy, dodając do swoich teorii również Viktora Orbána. „Rosja wkracza na Ukrainę i zajmuje Kijów. Wojska rosyjskie nie wkraczają jednak ani na zachodnią Ukrainę, ani na Ruś Zakarpacką. Władze lokalne Ukrainy zachodniej i Rusi Zakarpackiej błagają NATO o pomoc przed okupacją i wówczas Polska i Węgry wkraczają do określonych z Putinem granic i obejmują »opiekę« nad tą częścią Ukrainy, spotykając się z wdzięcznością miejscowej ludności. Rosja tworzy marionetkowy rząd w Kijowie, przyłącza wschodnie części do Rosji, a zachód Ukrainy i Ruś Zakarpacka tworzą odrębny, prozachodni twór pod opieką Węgier i Polski”. Historia się powtarza, przekaz Giertycha nagle znajduje odbicie za wschodnimi granicami, powtórzony przez Ławrowa, wreszcie obie, spójne przecież narracje powiela również Tomasz Lis. Zapewne nie bez wiedzy niemieckich pracodawców. 

Pozostaje pytanie, czy polskim uczestnikom tej rozgrywki chodzi wyłącznie o naszą bieżącą politykę, czy też mamy do czynienia z jawną już grą na rzecz rosyjskiej propagandy.

 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane