Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ewa Polak-Pałkiewicz
11.01.2026 07:10

Sprawczość Trumpa kontra płacz elit

Przecież to takie niedemokratyczne! Gdzie pytanie o pozwolenie do Kongresu, gdzie plebiscyt ogólnonarodowy, gdzie pokorna prośba o zgodę ONZ? Gdzie pochylenie się nad prawami człowieka – czyli prawem do robienia czegokolwiek na moim podwórku i wszędzie tam, gdzie uznam to za stosowne? I co wam wszystkim do tego? „Przecież ja, Maduro, jestem wolny, robię, co mi się podoba, a wolność jest najwyższym znakiem godności człowieka” – przekonują nas „demokraci”. Donald Trump pokazał sprawczość i nieugiętość w czasach, które wymagają trudnych decyzji.

W epoce, która bożka zrobiła z fasadowej liberalnej demokracji i z praw człowieka – i nic jej nie szkodzi, że wenezuelski satrapa czynił sobie z tych dwóch najpoważniejszych na świecie zaklęć wyborne żarty – Donald Trump pokazał, że rzeczywisty przywódca poważnego państwa musi spełnić swój obowiązek: zrobić porządek z przestępcą i dyktatorem, który zagraża jego krajowi, jego ludziom. Tego wymaga zwykła sprawiedliwość. Zwykły kodeks moralny. Bez przymiotników. Bo są granice nieprawości. Donald Trump nie zamierzał łasić się do „społeczności międzynarodowej”, by te granice nakreśliła i „w drodze dialogu i konsultacji” udawała, że je egzekwuje, z wiadomym skutkiem. Uznał, że to on sam odpowiada za bezpieczeństwo swoich ludzi w Stanach Zjednoczonych. Szaleniec? Prowokator? W sumie tak. Żeby tak zadrwić z szanownego „ładu światowego”, którego jedynym dążeniem i jedynym hasłem, jakie potrafi sformułować, jest „pokój” – także wtedy, gdy oznacza on przyzwolenie dla najgorszych zbrodni – trzeba być trochę szalonym i zdobyć się na prowokację wobec zakłamanego świętego spokoju.

Trump występuje przeciwko hipokryzji

Prezydent USA zdobył się na wyzwanie wobec tych fałszywych zasad, tej nadętej hipokryzji i dokonał ataku na międzynarodowy ośrodek terroryzmu rękami własnych służb wojskowych, by pokazać światu bardzo prostą i kompletnie już zapomnianą prawdę. Że to nie poprzez dialog, prowadzony na każdym kroku i w każdej sprawie, osiąga się bezpieczeństwo, spokój i dobrobyt ludzi. Uzyskuje się je twardym egzekwowaniem kar dla ewidentnych przestępców i zbrodniarzy. Ci, którzy uważają, że najważniejsze są dialog i pokój, są dziś zakładnikami i współpracownikami najgroźniejszych przestępczych karteli.

Oczywiście będzie mu się przypisywać to, że działa w interesie gospodarczym Stanów Zjednoczonych, że tak naprawdę chodzi tu przecież o ropę i osłabienie wpływów chińskich i rosyjskich na sąsiednim kontynencie. Że to walka z konkurencją, że chodzi o rynki zbytu… Ale kto ze światowych polityków i ekspertów zająknie się, że ten człowiek podjął walkę z bezkarnością międzynarodowej mafii, wspieranej przez obce, zdeprawowane siły? Świat polityki jest zakłamany jak jeszcze nigdy w historii. Dla każdej, najgorszej nawet zbrodni znajduje usprawiedliwienie. Nie jest przypadkiem, że ośrodki międzynarodowe, specjalizujące się w polityce dialogu, uznają dzieciobójstwo za dobrodziejstwo dla „populacji ludzkiej” i popierają je ze wszystkich sił. Nie jest przypadkiem, że w Stanach Zjednoczonych próbuje się z tym krwawym procederem skończyć. Że demaskuje się i zwalcza, krok po kroku, całą obłudę, absurd i szkodliwość ideologii typu woke i gender.

Oczywiście to, co wydarzyło się w nocy z 3 na 4 stycznia, to nie tylko wojna z dyktatorem i jego zapleczem oraz demonstracja siły nowoczesnego wojska i wywiadu potężnego mocarstwa. To w istocie wojna z fałszywą polityczną jednością globalnego świata, wspieranego przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, której rzekomo głównym dążeniem jest zapobieganie wojnom i obrona praw człowieka. Tak, zapobieganie i obrona, za cenę przyzwolenia na zbrodnie, deprawację i kłamstwo, gdy opłaca to się globalistom, gdy wymaga tego ideologiczny czy polityczny deal, pod przykrywką wzniosłego humanizmu.

Dobro wspólne – zapomniana wartość

Donald Trump należy do ludzi być może o niezbyt wyrafinowanym sposobie myślenia, jak na zapatrywania współczesnych elit politycznych, ale jest to przywódca, którego interesuje los zwykłego człowieka w jego kraju. Zwykły człowiek nie rozumie, dlaczego respektowanie praw człowieka ma oznaczać w praktyce szacunek dla najgroźniejszych przestępców. Dlaczego „w imię demokracji” czy „w imię suwerenności” jakiegoś kraju trzeba godzić się potulnie na to, by niszczył on bezkarnie kraje sąsiednie. Demokracja oznacza tu nic innego jak makiaweliczne kłamstwo, którego celem jest uwolnienie władzy politycznej od więzów moralnych. Donald Trump przez swoje „wybryki” demaskuje, chcąc nie chcąc, to kłamstwo rozpanoszone od dobrych dwustu lat, dobrze usadowione i bezkarne z powodu skutecznej presji propagandowej. Wielu ludziom, chodzącym w glorii międzynarodowych sław politycznych i ekonomicznych, udaje się czerpać niemałe profity z tego oszustwa. A zarazem prezydent USA przypomina bolesną dla niejednego dyktatora prawdę: czym w istocie jest ze swej istoty władza; że „władza służy dobru wspólnemu wszystkich, a nie dobru partykularnemu każdego z osobna” (Alvaro Calderon). W tym celu musi ona, ze zwykłego, ciążącego na niej obowiązku, „porządkować rozum, wolę i działanie wspólnoty”, czyli członków danego społeczeństwa. Trump zaczął to robić już od początku kadencji, m.in. walcząc z ideologią w oświacie i z idiotyzmem politycznej poprawności w życiu publicznym swojego kraju.

„Kłamliwa demokracja liberalna chce nas przekonać, że wszyscy są jednakowo zdolni do rządzenia” – wystarczy tylko osiągnąć wiek wyborczy. Wyborca – czyli człowiek w pełni nowoczesny, bo respektujący demokrację – musi zaś wystrzegać się jak ognia zaufania do tego, kto w jego kraju sprawuje sprawiedliwe, a nie tylko efekciarskie rządy, i musi nieustannie to zaufanie podważać. A przy tym ma przebaczać wszystko bezwarunkowo krzywdzicielom i kłamcom mimo ewidentnych szkód, jakie ponosi, nie żądając zadośćuczynienia ze strony winowajców. Bowiem powszechna miłość, zrodzona ze złudzeń demokracji, nie odróżnia ludzi uczciwych i sprawiedliwych od złoczyńców.

Bierność to utopia

Tylko taka postawa gwarantuje osiągnięcie solidarności między narodami w sferze polityki – brzmi jeden ze współczesnych sloganów, traktowany jak dogmat. Jest to przejaw zupełnej obojętności na dobro i zło, praktyczne wyeliminowanie z życia społecznego tych kategorii. I tylko wtedy możliwa będzie wizja powszechnego braterstwa wszystkich ludzi; nikt już nie odważy się zająknąć, że kompletnie utopijna i fałszywa. Wykluczająca wszystkich, którzy troszczą się w swojej działalności politycznej o solidny fundament prawdy, a nie propagandowe zaklęcia dla prostaczków.

Świat wkroczył 3 stycznia tego roku na nową drogę, na której kontury zarysowane są ostro, a kolory nie zlewają się ze sobą. Zmaganie między propagandowym kłamstwem a prawdą o realnym życiu i prawdziwych obowiązkach polityków stało się jeszcze bardziej wyraźne. Dla wielu, którzy wolą słodką drzemkę od nieprzyjemnej jawy – gorszące i zupełnie nie do przyjęcia.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane