Maszerowali w ugrupowaniu kompanii zmechanizowanej, do której zostali przydzieleni, tworząc w ten sposób jeden z elementów awangardy dywizji gwardyjskiej. Siła ognia armaty czołgowej kal. 125 mm była bezdyskusyjnie większa niż tych rachitycznych trzydziestek ozdabiających wieżę bojowych wozów piechoty BWP-2, dlatego dowódca pułku zadecydował, aby plutonem czołgów wzmocnić pododdział zmechanizowany, pełniący obecnie funkcję ochronno-rozpoznawczą. Stara zasada wojskowa głosi, że najgorsze zadania stawia się wojskom tymczasowo przydzielonym, dlatego czołgiści poruszali się na samym początku szpicy czołowej.
U kresu wytrzymałości
Oni wiedzieli, że jeśli przeciwnik zaatakuje, to najpierw przepuści kilka wozów otwierających kolumnę i uderzy na te z tyłu, aby rozerwać długi rząd maszyn, uniemożliwiając im tym samym stworzenie zwartego szyku obronnego. Następnie, już na zimno, zajmie się kolejno wszystkimi wozami bojowymi, niszcząc je systematycznie. Ta perspektywa powodowała, że Siergiej, działonowy operator tej jeszcze postsowieckiej techniki, był wciąż spięty, a w ustach czuł smak grozy.
Smak grozy mieszał się ze słodyczą krwi cieknącej z rozgryzionej ze zdenerwowania wargi. Głowa bolała go od ciągłego dociskania do naczółników peryskopów, którymi wypatrywał wrażych sił. Prawe ramię było praktycznie unieruchomione przez skurcze, bowiem kilkanaście ostatnich godzin żołnierz trzymał je ciasno przy tułowiu. Włączona stabilizacja armaty powodowała, że jej zamek nieustannie poruszał się w ciasnym wnętrzu wieży, grożąc zmiażdżeniem każdej nieopatrznie wystawionej części ciała. Co prawda blaszane grodzie oddzielały dowódcę i działonowego od mechanizmu ładowania i ryglowania, mimo to wypadki uszkodzeń łokci były częste. Wszyscy byli niebywale zmęczeni, lecz ta noc nie mogła przynieść zasłużonego wypoczynku, gdyż znajdowali się na terenie przeciwnika, a to wymagało podjęcia należnych środków ostrożności.
Nakazywały one, aby jeden z załogi czuwał przy wielkokalibrowym karabinie maszynowym NSWT (rosyjski skrót wywodzący się od pierwszych liter nazwisk konstruktorów: Nikitina, Sokołowa i Wołkowa, a „T” oznacza „tankawoj” – czołgowy). Szczęściarzem był kierowca, który mógł spać całą noc przez nikogo nie niepokojony, bo od jego kondycji psychofizycznej w ciągu dnia zależało bezpieczeństwo sunących pancernych pudeł. Dowódca czołgu sprawnie otworzył właz wieży, przeładował z głośnym szczękiem 12,7 mm broń umocowaną jarzmem do stropu pojazdu, nasunął na oczy noktowizor i zaczął rozglądać się wokół. Mechanik siedzący nisko w dole wozu bojowego zdjął z głowy hełmofon, rozsznurował żołnierskie buciory, zamamrotał coś pod nosem i zasnął. O jego zmęczeniu świadczyło głośne chrapanie, do którego załoga przywykła w ciągu kilku ostatnich miesięcy.
Nie tak to miało wyglądać
Ostatnie miesiące były dla nich wszystkich wyczerpujące. Siergiej, dwudziestolatek z niewielkiego sioła pod Magnitogorskiem, miał za sobą już prawie dwa lata służby w kompanii czołgów, ale trwające od wiosny 2021 r. przygotowania do wielkich ćwiczeń, a następnie same manewry w polu dały wszystkim w kość. Ciągłe treningi załadowania pododdziału na platformy wagonów kolejowych, szkolenie ogniowe i kopanie ukryć na wóz bojowy wraz z załogą powodowały długotrwałe zmęczenie. Wiekowa maszyna, pamiętająca jeszcze czasy militarnej potęgi Związku Sowieckiego, wciąż niedomagała i potrzebowała stałych napraw. Technik pododdziału, niski, krępy praporszczyk (chorąży), odpowiedzialny za sprawność wszystkich urządzeń mechanicznych znajdujących się na stanie kompanii, wciąż uwijał się jak w ukropie, ale jego dobre chęci i stałe bury od szefa służby czołgowo-samochodowej nie były w stanie zapobiec wyciekom oleju, kapiącego przez sparciałe uszczelki. Mechanizm ładowania armaty był także wyeksploatowany do granic możliwości, dlatego nasz młody bohater modlił się przy każdym strzelaniu, aby urządzenie podało właściwy rodzaj naboju i bez zacięcia dosłało ładunek miotający. O celnym prowadzeniu ognia można było tylko pomarzyć, dalmierz bowiem przekłamywał odległości od lat, a kompanijny optoelektronik nie mógł się doprosić w szefostwie uzbrojenia nowego aparatu. Jednak dziś to wszystko przestało mieć większe znaczenie.
Znaczenia nabrało własne życie, ponieważ kompania Siergieja od kilkudziesięciu godzin działała na terenie Ukrainy. Czołgiści znali skuteczność przeciwpancernych pocisków kierowanych FGM-148 Javelin i zdawali sobie sprawę, że ich życie zależy tylko i wyłącznie od kaprysu operatora piekielnej broni. Żołnierz nie mógł zasnąć pomimo wielkiego zmęczenia. Ze strachu bolał go brzuch, a odciśnięte od wielogodzinnego siedzenia podudzia mrowiły niesamowicie. Zazdrościł głupawemu mechanikowi, który spał jak zabity, i bojaźliwie zerkał w stronę dowódcy, wciąż stojącego we włazie z bronią gotową do strzału. Pod szczeciniastym czerepem sołdata kłębiły się czarne myśli, potęgowane przez panujący wewnątrz czołgu smród, będący bukietem zapachów stworzonym przez woń długo niemytych ciał, nasiąkniętych olejem uniformów, paliwa i płynu konserwującego zamek działa. Trudno o szampański nastrój w podobnych warunkach. Nie tak to wszystko miało wyglądać, czego potwierdzeniem były połajanki dobiegające z czołgowej radiostacji.
Pada mit niezwyciężonej Moskwy
Czołgowa radiostacja – przemawiająca głosem młodszego lejtnanta, dowódcy plutonu – wciąż żądała danych o siłach i położeniu przeciwnika. Problem w tym, że nikt nie dostrzegł do tej pory żadnego Ukraińca, ale wszyscy wiedzieli, iż łatwy marsz na Kijów nie wróży niczego dobrego. Lata temu ojciec działonowego walczył w Czeczenii i młody mężczyzna wciąż pamiętał jego opowieści o rosyjskich ofiarach szturmu na Grozny. Miał świadomość, że każde napotkane miasteczko było rejonem śmiertelnie niebezpiecznym dla wozów, ponieważ celny strzał mógł paść praktycznie z każdego budynku. Po raz setny zadał sobie pytanie: „Co ja tutaj robię?”, ale brak było na nie odpowiedzi.
Odpowiedzi na pytanie Siergieja mógłby udzielić jedynie kremlowski władyka, ale on ma obecnie głowę zaprzątniętą innymi kłopotami. Putin posłał do walki swoje zagony pancerne, ale, ku zdziwieniu wszystkich, Kijów stawił mężny opór. Zapewnienia generalicji o właściwym przygotowaniu do wojny i szybkim zwycięstwie okazały się pustosłowiem, a tysiącami działonowych Siergiejów, kolegami naszego fikcyjnego bohatera, targają opisane powyżej obawy.
Bez względu na finał operacji ukraińskiej na naszych oczach pada mit niezwyciężonej Moskwy, której militarna potęga okazała się mocno przeszacowana. Dzięki męstwu bohaterskich Ukraińców mamy nieco więcej czasu na jeszcze szybszą budowę potencjału nadwiślańskich sił zbrojnych, co pozwoli – w razie ewentualnej agresji – wywołać u wszystkich rosyjskich napastników strach i da poczuć im smak grozy.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.