Ponadto Kijów w ostatnich dniach przed szczytem NATO w Wilnie zapewne chce skoncentrować wysiłki na działaniach militarnych – kiedy ewentualne postępy na froncie będą szczególnie ważne ze względów politycznych, dyplomatycznych i propagandowych.
Rosyjska powtórka z historii
Nie powinniśmy być szczególnie zaskoczeni tym, co uczynił „kucharz Putina” Jewgienij Prigożyn. Skądinąd już przed laty wpuszczenie do publicznego obiegu tego prześmiewczego i w sumie pejoratywnego określenia świadczyło o walce wewnątrz rosyjskich elit. Po pierwsze od miesięcy wypowiadał się on krytycznie o ministrze obrony Siergieju Szojgu, ale także o niektórych generałach odpowiadających za działania wojenne. O ile początkowo można to było odebrać jako swoistą ustawkę, o tyle potem, gdy szef Grupy Wagnera zaczął coraz częściej podważać oficjalną linię Kremla, np. co do „nazistów” na Ukrainie, stało się widoczne, że jego drogi z Kremlem zaczynają się rozjeżdżać.
Jednak jest jeszcze drugi aspekt dywersji: dzieje Rosji. Z jednej strony posłuszeństwo Rosjan wobec cara czy potem „czerwonego cara”, a z drugiej bojarowie uciekający przed carem satrapą do Polski (sic!), ale też wzniecający krwawe ludowe powstanie w XVIII wieku (1773–1775) kozak doński Jemieljan Pugaczow. I nieustające intrygi na carskim dworze, skrytobójstwa obejmujące członków najbliższej rodziny cara i potencjalnych rywali w walce o schedę aż po morderstwo Rasputina, najbardziej wpływowego doradcy ostatniego cara Rosji.
Eksport narracji Kremla: Putin to „mniejsze zło”
Parę dni temu w Parlamencie Europejskim zwołałem jako przewodniczący delegacji UE–Rosja nadzwyczajne posiedzenie tej struktury, zapraszając na nie nie tylko ekspertów z Polski, Wielkiej Brytanii, Francji i EEAS (European External Action Service), czyli unijnej dyplomacji, lecz także dwóch przedstawicieli rosyjskiej opozycji, w tym jednego byłego deputowanego do izby niższej rosyjskiego parlamentu, czyli Dumy. Spotkanie miało charakter zamknięty ze względu na bezpieczeństwo naszych gości z Rosji, którzy skądinąd łączyli się z nami online. Jest to zwykła procedura w europarlamencie w przypadku gości z krajów, których władze mogą mścić się za ich wypowiedzi na arenie międzynarodowej.
Nie mam więc prawa ujawniać ich nazwisk. Mogę jednak powiedzieć, że nawet jeśli nieliczna opozycja w Rosji krytykuje władzę, to w jednym z nią się na pewno zgadza: że Prigożyn czy też ktoś taki jak „kucharz Putina” będzie jeszcze gorszy niż obecny lokator Kremla. Nawet nie zakładając ustawki czy świadomego wpisywania się w reżimową narrację, nie sposób nie zauważyć, że pośrednio opozycja w Rosji wspiera przekaz Moskwy idący na Zachód: może i Putin to bandyta, ale bandyta przewidywalny, a jego następca może być jeszcze większym bandytą, i do tego dużo bardziej nieprzewidywalnym – a wreszcie może naprawdę użyć broni jądrowej, a nie tylko nią straszyć... Niestety ta narracja ma na Zachodzie sporo zwolenników. Na razie na szczęście nie w Ameryce, ale na pewno w Europie Zachodniej, a w szczególności – sądząc po wypowiedziach ich przywódców – w Niemczech, we Francji, w Holandii i Austrii.
W ten sam dzień w Parlamencie Europejskim odbyła się promocja książki wydanej w USA przez polskiego eksperta Janusza Bugajskiego „Failed State: a Guide to Russia’s Rupture” („Upadłe państwo: przewodnik po rozpadzie Rosji”). Nie będę streszczał tez prezentowanej pozycji ani dyskusji, w której brałem udział, jednak warto podkreślić, że obecny tam prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski postawił tezę, że w historii Rosji wszelkie sukcesy rosyjskiej armii oparte były nie na jakiejś specjalnej „rosyjskiej szkole wojowania” i kunszcie strategicznym, ale masie żołnierzy. I to się nie zmieniło.
Szczyt NATO: nadzieja Kijowa?
Wielu ekspertów i polityków z dużymi obawami podchodzi do przyszłorocznej kampanii wyborczej w USA i jej możliwych reperkusji dla naszego wschodniego sąsiada oraz przebiegu wojny rosyjsko-ukraińskiej. Słyszymy, że wzrastający sceptycyzm republikanów wobec pomocy dla Kijowa może spowodować, że również ekipa Josepha Robinette’a Bidena przesunie się na pozycje znacznie bardziej sceptyczne co do pomocy, zwłaszcza wojskowej, dla Ukrainy. Pragnę nieco uśmierzyć te niepokoje. Niezależnie od wypowiedzi polityków, zapewne przenoszących powoli ciężar wyborczych komunikatów na skoncentrowanie się na „amerykańskich interesach” w samych USA, a nie w „odległej Europie”, zadecydują tu konkretne zapisy budżetowe na przyszły rok. A te jednoznacznie sprzyjają Ukrainie i nie mogą być dobrze przyjmowane w Rosji. Amerykańska polityka zagraniczna jest trochę jak transatlantyk: zanim realnie wpłynie się na zmianę kursu (decyzji), musi sporo wody – i czasu! – upłynąć.
Zatem zarówno opozycyjni republikanie, jak i rządzący demokraci mogą przesuwać się w swoich enuncjacjach w kierunku – poprawionej i uwspółcześnionej – wizji „splendid isolation” (ang. wspaniała izolacja) i skoncentrowania się na problematyce wewnętrznej, ale i tak daleko idące zapisy pomocy wojskowej dla Kijowa nie wyparują, nikt nie będzie mógł ich „odwołać” i USA nadal będą znacząco wspierać walczącą Ukrainę. To tak gwoli rozwiania wątpliwości po wysłuchaniu różnych wypowiedzi Donalda Trumpa, Rona de Santisa, ale też urzędującego prezydenta (choć te akurat pochodzą z przeszłości).
Jeden z dyplomatów państwa powstałego na gruzach Związku Sowieckiego powiedział mi bardzo niedawno, choć zabrzmiało to jak swoisty paradoks, że „Rosja w wojnie z Ukrainą nauczyła się walczyć” i że będzie to jej procentować. Brzmi to może zaskakująco, ale jednak jest prawdziwe. Oto bowiem dotychczasowe zaangażowanie militarne Federacji Rosyjskiej miało miejsce podczas specyficznych działań wojennych, jak podczas dwóch wojen czeczeńskich czy w Syrii i ewentualnie, choć nie pod własną „flagą państwową”, w Afryce. Nie był to jednak front „klasyczny”, jak ma to miejsce w wojnie rozpoczętej w lutym 2022 r. To akurat nie najlepsza konkluzja.
Żołnierze walczą, ale w tych tygodniach szczególną rolę mogą odegrać dyplomaci. Szczyt NATO na Litwie zdecyduje, na ile polityczne „zielone światło” dla akcesu Ukrainy do NATO w przewidywalnym czasie zostanie zapalone. A to również wpłynie na skalę ukraińskiego oporu, a także funkcjonowanie tego, co określiłem jako „PPR”, czyli Partii Przyjaciół Rosji na Zachodzie. Komu zaświeci się w Wilnie nadzieja?