Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Hanna Shen
17.08.2026 13:00

Robot, który widzi więcej

11 sierpnia profil Marynarki Wojennej RP opublikował w serwisie X nagranie z Portu Wojennego w Świnoujściu, gdzie stacjonuje 8 Flotylla Obrony Wybrzeża. Humanoidalny robot zapraszał Polaków na Święto Wojska Polskiego. Miało być sympatycznie. Kilka godzin później nagranie zniknęło. Postawmy sprawę jasno – wpuszczenie maszyny na teren armii jest nieodrobioną przez państwowe służby lekcją.

Robot nazywa się Edward Warchocki i jest gwiazdą polskiego internetu. Oprogramowanie i osobowość nadali mu Polacy. Wszystko, co fizyczne, czyli szkielet, procesory, kamery i czujniki, pochodzi z Chin. 

To model G1 firmy Unitree Robotics z Hangzhou. 8 czerwca tego roku Departament Obrony USA wpisał Unitree na listę chińskich przedsiębiorstw wojskowych. Trafiają na nią firmy wspierające chiński przemysł zbrojeniowy albo fuzję militarno-cywilną, doktrynę Xi Jinpinga z 2015 r., w myśl której wszystko, co powstaje w chińskim sektorze prywatnym, ma być dostępne dla wojska. 

Od 30 czerwca amerykańska armia nie może podpisać umowy z żadną firmą z tej listy. Lista jest jawna. Zanim ktokolwiek wpuści takie urządzenie do jednostki wojskowej, powinien do niej zajrzeć. Zajmuje to dwie minuty.

Co ta maszyna naprawdę widzi?

Unitree G1 to nie zabawka, tylko chodzący zestaw czujników. Ma skaner laserowy, kamery mierzące głębię i mikrofony. Skaner laserowy nie robi zdjęcia. Mierzy odległość do każdego punktu wokół siebie tysiące razy na sekundę i na tej podstawie tworzy model przestrzenny. 
W porcie wojennym daje to plan nabrzeża z dokładnością do centymetrów, wraz z położeniem budynków, bram i zacumowanych okrętów. Satelita tego nie zobaczy, bo patrzy z góry. Zdjęcie zza płotu też tego nie odda, bo płot zasłania. 

Kamery zapisują twarze, oznaczenia mundurów, numery taktyczne, tablice rejestracyjne i wyposażenie pokładowe. Mikrofony zbierają nie tylko to, co ktoś mówi do robota, ale wszystko, co pada w pobliżu, także rozmowy ludzi przekonanych, że maszyna akurat nie słucha. Odbiornik satelitarny dopisuje współrzędne. Moduł łączności widzi wszystkie sieci bezprzewodowe w zasięgu, czyli szkic instalacji 
teleinformatycznej.

Nasuwa się pytanie, dokąd trafiają te zapisy, i odpowiedź na nie jest udokumentowana. W pracy „Cybersecurity AI: Humanoid Robots as Attack Vectors” („Sztuczna inteligencja w cyberbezpieczeństwie. Roboty humanoidalne jako wektory ataku”), ogłoszonej we wrześniu 2025 r. przez Víctora Mayorala-Vilchesa, Andreasa Makrisa i Kevina Finisterre, wykazano, że G1 co pięć minut wysyła zapisy z czujników na serwery w Chinach, nie informując o tym właściciela. Autorzy nazywają tę maszynę koniem trojańskim.

Robot, którym się atakuje

Ci sami badacze wgrali do robota program, który sam rozejrzał się po sieci, sprawdził, którędy dostać się do podłączonych do niej urządzeń, i przygotował włamanie. Humanoid nie służy więc wyłącznie do biernego podglądania. Nadaje się do ataku od środka. Wystarczy podać mu hasło do wojskowego wi-fi. 

Osobną sprawą są dziury w zabezpieczeniach maszyny. We wrześniu 2025 r. wykazano, że wystarczy stanąć obok robota z odpowiednim urządzeniem, by przejąć nad nim kontrolę. Powód jest banalny. Producent zaszył we wszystkich egzemplarzach ten sam klucz dostępu, a klucz wyciekł. 

Gorzej, przejęty robot sam wyszukuje kolejne maszyny tej firmy w pobliżu i przejmuje je bez niczyjego udziału, jak wirus. Unitree przyznało się do problemu i obiecało poprawkę. Poprawki do dziś nie ma. Pół roku wcześniej w czworonożnym modelu Go1 tej samej firmy znaleziono ukryte tylne wejście, łączące się z serwerem w Chinach przy każdym włączeniu.

Kilka dni przed nagraniem ze Świnoujścia „The Telegraph” opisał sprawę, która powinna być lekturą obowiązkową w Sztabie Generalnym i Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Brytyjskie ministerstwo obrony odcięło od internetu kamery na bezzałogowych łodziach K3 Scout, używanych przez Royal Navy do rozpoznania. Miały chińskie podzespoły i wysyłały sygnały do systemu w Chinach. 

Najciekawsze jest to, jak ten sprzęt tam trafił. Kamery miały amerykański certyfikat potwierdzający, że nie zawierają podzespołów chińskich firm objętych zakazami. Rzecz w tym, że taki papier poświadcza jedynie deklarowany kraj produkcji. Nikt nie sprawdza, co jest w środku ani co zawiera wgrane tam oprogramowanie. Tą szczeliną Chiny weszły na pokład brytyjskich okrętów.

Zwróćmy uwagę na kolejność zdarzeń. Brytyjczycy prowadzili rutynową kontrolę, wykryli transmisję, odcięli łączność i sprawę upublicznili. Polska w tym samym tygodniu kręciła film promocyjny z chińskim robotem w bazie morskiej.

Chińczycy wiedzą, co mają w rękach

Paulina Uznańska, zastępca kierownika zespołu chińskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich, 12 sierpnia opublikowała w serwisie X wątek oparty na chińskich źródłach. Wynika z niego rzecz, o której u nas mówi się rzadko. 

Chińska administracja doskonale rozumie ryzyko, które u nas dopiero się odkrywa. Ostrzega Chińczyków, żeby nie dawali obcym wywiadom okazji do wykorzystania luk w inteligentnym sprzęcie domowym. Na portalach władz lokalnych, od Gansu do Mianzhu w Syczuanie, krążą te same ostrzeżenia. 

Roboty humanoidalne muszą zbierać ogromne ilości danych o użytkownikach, a niedojrzała technologia zwiększa ryzyko ataku. Robot zaciera przy tym granicę między cyberprzestrzenią a światem fizycznym, więc skutkiem ataku nie jest już tylko wyciek danych, lecz obrażenia, a nawet śmierć. Pekin zakłada zatem, że po drugiej stronie łącza ktoś jest. My wydajemy się zakładać, że nie ma nikogo. 

Nie jest tak, że w Polsce nikt o tym nie pomyślał. Sztab Generalny Wojska Polskiego zakazał wjazdu samochodów chińskiej produkcji na tereny wojskowe i przyległe parkingi. Uzasadnienie było dokładnie takie, jakiego można się spodziewać. Auto naszpikowane kamerami, radarami i skanerami zbiera dane i może je wysyłać do Chin. Skoro chiński samochód nie może zaparkować pod jednostką, to jakim cudem chiński robot spaceruje po jednej z dwóch kluczowych baz morskich Rzeczypospolitej?

Świnoujście nie było pierwszym ostrzeżeniem. W marcu ta sama maszyna… weszła do Sejmu na zaproszenie Konfederacji. Sprawa przeszła bez echa. Nikt nie wyciągnął wniosków, nikt nie napisał procedury, nikt nie zapytał, czy taka maszyna powinna przekraczać próg parlamentu. 
Pięć miesięcy później ta sama platforma stoi w porcie wojennym. Rzecznik 8 Flotylli, kmdr ppor. Grzegorz Lewandowski, oświadczył, że nagranie nie ujawniło niczego ponad to, co i tak jest jawne, a robot nie poruszał się swobodnie i nie wszedł do stref zastrzeżonych. 

Film usunięto z powodu spekulacji w mediach. Reakcja wypadła zdecydowanie gorzej. Wojsko usunęło nagranie nie po analizie ryzyka, tylko dlatego, że zawrzało w internecie. Nie ogłoszono postępowania sprawdzającego. Nie wiadomo, kto wydał zgodę, czy ktokolwiek sprawdził oprogramowanie robota ani czy w polskiej armii istnieje na taki wypadek jakakolwiek procedura. 

O dziurze w zabezpieczeniach wiadomo od 11 miesięcy. O liście Pentagonu od dwóch. O wizycie tej maszyny w Sejmie od pięciu. O chińskich kamerach na brytyjskich łodziach od kilku dni. Żadna polska instytucja nie zdobyła się przez ten czas na wytyczne, które uczyniłyby wejście do portu w Świnoujściu niemożliwym. 

Nie mamy państwa, które zna zagrożenie i podejmuje świadomie ryzyko. Mamy państwo, które go nie dostrzega – w przeciwieństwie do Chińczyków. 

 

NAJNOWSZE