Finał rozgrywek pucharowych od lat jest pojedynkiem nie tylko na boisku, lecz także na trybunach. Kibice obu finalistów prześcigali się przez lata w pomysłach na uatrakcyjnienie swoich opraw meczowych, które zawsze dodają kolorytu tego typu widowiskom sportowym. Niektóre zyskiwały rozgłos zarówno na krajowej scenie kibicowskiej, jak i europejskiej, a nawet światowej. Pod każdym względem było o nich głośno. Wydaje się, że tego typu współzawodnictwo w jakiś sposób kanalizowało możliwość pojawienia się innej rywalizacji, najmniej pożądanej na stadionie – pojedynku kibiców na pięści.
Piszę o tym wszystkim w związku z decyzją prezydenta Warszawy, który wprawdzie wyraził zgodę na organizację finału Fortuna Pucharu Polski, ale nie zgodził się na użycie banerów i flag, będących częścią kibicowskich opraw. Czyli jak zwykle – Trzaskowski na posterunku. Zawsze tam, gdzie nie trzeba. Zawsze w nieodpowiednim czasie i – jak przystało na PO-wskie tradycje – zawsze przeciw kibicom.
PZPN zamierza odwołać się od tej decyzji. Kibice Lecha Poznań i Rakowa Częstochowa wystosowali w tej sprawie wspólny apel do prezesa Cezarego Kuleszy. Jaki będzie końcowy efekt tej niepotrzebnej awantury, trudno powiedzieć. W momencie, w którym pisałem felieton, nieznana była odpowiedź włodarzy Warszawy na odwołanie PZPN i petycję kibiców. Miejmy nadzieję, że jednak coś one wskórają.
Nie mam faworyta tegorocznego finału. Mam bardzo dobre relacje zarówno z kibicami Lecha, jak i Rakowa, którzy od lat włączają się w wiele patriotycznych inicjatyw. Zawsze mogłem na nich liczyć. Tak więc, niech wygra lepszy!