Przy czym sytuacja jest lustrzana. W Mołdawii o reelekcję ubiega się prozachodnia prezydent Maia Sandu, która zmieniła politykę zagraniczną i gospodarczą kraju, wcześniej zależnego od Moskwy, o 180 stopni. W Gruzji odwrotnie – od 2012 r. rządzi partia Gruzińskie Marzenie założona i wciąż kierowana z tylnego siedzenia przez oligarchę Bidzinę Iwaniszwilego, który dorobił się majątku w Rosji. Obóz ten deklaruje chęć wstąpienia kraju do UE i NATO, ale w ostatnich latach, zwłaszcza po pełnowymiarowej agresji rosyjskiej na Ukrainę, de facto oddala Tbilisi od Zachodu. Rosja nawet nie ukrywa swoich wysiłków, by pomóc opozycji w Mołdawii, a w Gruzji – rządzącym. Napięcie rośnie.
Przełomowe wybory
Pod koniec października odbędą się wybory parlamentarne w Gruzji oraz prezydenckie i referendum na temat integracji z UE w Mołdawii. Mówi się tak z przesadą przy okazji wyborów w większości krajów – że są najważniejsze i przełomowe. Ale w Gruzji i Mołdawii wynik naprawdę może zdecydować o tym, czy w państwach tych obywatele ostatecznie wybiorą kierunek UE i NATO, czy też drogę na Kreml.