Powiedzmy jednak wprost i uczciwie: polityka jest sztuką realizowania rzeczy możliwych w danym miejscu i czasie, a decyzja NATO-wskiego szczytu w sprawie Ukrainy, choć na pewno była dużo poniżej tego, co powinno zostać tam ustalone, oddaje, niestety, stan nastrojów znaczącej liczby państw członkowskich Sojuszu. Stosując piłkarską metaforę: Na tym boisku nie dało się więcej ugrać.
Zderzenie oczekiwań z rzeczywistością
Od początku było wiadomo, że w sprawie pomocy dla Ukrainy – militarnej i politycznej – NATO dzieli się na dwa obozy. Jeden „jastrzębi” (a może po prostu realistów) składał się z Polski, USA, Wielkiej Brytanii i państw bałtyckich; a zaraz po swojej akcesji doszlusowała doń Finlandia. Drugi stanowiły: Niemcy, Francja, Holandia i kraje Europy Południowej, zwłaszcza Hiszpania, Portugalia i Grecja. Był to obóz „gołębi” – krajów niepotrafiących zmienić starego myślenia o Rosji, z którą wcześniej czy później ich zdaniem trzeba się będzie dogadać. O wyniku szczytu NATO zadecydowało przejście Waszyngtonu do obozu „umiarkowanych”, jak sami siebie określają, chcąc w ten sposób pośrednio zdyskredytować radykałów.
To, że Ukraina nie będzie na szczycie w Wilnie do NATO przyjęta, było oczywiste. Nikt nie powinien tego oczekiwać, bo kraj ten, znajdujący się w stanie wojny z Rosją, nie miał szans na szybkie członkostwo z prostego powodu: słynny art. 5 traktatu konstytuującego Organizację Traktatu Północnoatlantyckiego jednoznacznie mówi o konieczności przyjścia z pomocą militarną innemu krajowi członkowskiemu, jeśli zostanie zaatakowany przez państwo trzecie. W oczywisty sposób oznaczałoby to konieczność zaangażowania militarnego krajów członkowskich. Na myśl o tym kanclerzowi Niemiec siwiały resztki włosów, prezydent Francji przejmował się tym bardziej niż stratami w wysokości 1 mld euro poniesionymi w wyniku wojny domowej w swoim kraju, a dla premiera Holandii była to niemal tak samo zła perspektywa jak utrata fotela szefa rządu w Hadze (co się i tak stało).
Charakterystyczne, że szefowie rządów i państw tych samych krajów, którzy mówili mniej lub bardziej otwarcie: „Poczekajmy z wejściem Ukrainy do Unii Europejskiej”, wyrażali sprzeciw także wobec szybszego przyjęcia Kijowa do NATO. Tak było w przypadku kanclerza Olafa Scholza, prezydenta Emmanuela Macrona, premiera Marka Ruttego. Jedynym wyjątkiem był kanclerz Austrii Karl Nehammer, ale tylko dlatego, że ojczyzna Mozarta ma w konstytucji zapisaną neutralność, tak jak Irlandia czy Malta, i w związku z tym nie może należeć do paktu.
Wybory w Ameryce a szczyt NATO
To, że Ukraina nie będzie przyjęta do NATO na ostatnim szczycie, było wiadomo. To, że nie zostanie przyjęta nawet choćby road map, czyli mapa drogowa jej akcesji – nie było wcale oczywiste i tak naprawdę o to toczyła się walka. Postawa Waszyngtonu w ostatnim czasie była jednak jednoznaczna. O decyzji Białego Domu, aby nie dawać naszemu wschodniemu sąsiadowi zielonego światła nawet dla zarysu drogi do NATO, zdecydowały co najmniej dwa, a może i trzy względy.
Pierwszy wynika z sytuacji wewnętrznej i chodzi o wybory prezydenckie, które za mniej niż 16 miesięcy odbędą się w Stanach Zjednoczonych. Partia Demokratyczna wie, że dwóch głównych kandydatów na oficjalnego kandydata Partii Republikańskiej na prezydenta, czyli Donald Trump i gubernator Florydy Ron DeSantis, prezentują publicznie stanowisko krytyczne wobec nadmiernego, ich zdaniem, angażowania się USA w wojnę w Europie Wschodniej.
Obóz Bidena obawia się, że w sytuacji gdy obecny lokator Białego Domu będzie kontynuował jednoznaczną linię znaczącego wsparcia dla Ukrainy, to przy rosnących w społeczeństwie amerykańskim tendencjach do popierania postawy, aby przede wszystkim „Ameryka zajęła się sobą” i zmniejszyła zaangażowanie w konflikty w różnych częściach świata, w tym w naszym regionie Starego Kontynentu (a jeśli już się gdzieś angażowała, to przede wszystkim w Azję, gdzie znajduje się jej główny konkurent do światowego prymatu, czyli Chiny), miliony Amerykanów mogą poprzeć kandydata republikanów, bo w przeciwieństwie do Bidena nie będzie on „kandydatem wojny”.
Budżet na wsparcie Ukrainy niezagrożony
Dlatego Joe Biden zastosuje zapewne ten sam manewr co Emmanuel Macron w starciu z Marine Le Pen w kampanii prezydenckiej w 2022 r. Chodziło o to, że gdy Le Pen zaczęła krytykować nadmierne zaangażowanie Francji w NATO i pośrednio USA, Macron, żeby w tej kwestii za bardzo się od niej nie różnić i nie stracić milionów głosów Francuzów wiernych NATO-sceptycznemu i USA-sceptycznemu testamentowi prezydenta Charles’a de Gaule’a, zaczął również, choć nie tak ostro, krytycznie wypowiadać się o NATO i Waszyngtonie (to pierwsze mu przeszło po drugich zwycięskich wyborach, to drugie już zostało…).
Można się więc spodziewać w kontekście Ukrainy „frankoizacji” polityki zagranicznej USA. I tu uwaga zasadnicza: o ile zapewne zasadne jest oczekiwanie większego zdystansowania się 46. prezydenta w dziejach USA wobec Ukrainy w kampanii wyborczej, to jego i innych polityków demokratów i republikanów wypowiedzi nie będą miały żadnego przełożenia na zmianę decyzji odnośnie do budżetu na wsparcie militarne dla Ukrainy w roku 2024. Budżet w Ameryce to rzecz święta, został „klepnięty” i w tym obszarze pozostanie bez żadnych zmian. Może więc tu nastąpić pewien rozdźwięk między decyzjami finansowymi – dobrymi dla Kijowa – a wypowiedziami politycznymi dla Ukrainy już znacznie gorszymi.
Obawa o... rozpad Rosji
Wydaje mi się jednak, że drugi czynnik, którym kierował się Waszyngton w kontekście decyzji podczas szczytu NATO w stosunku do Ukrainy, był ważniejszy niż kwestie wyborcze i te dotyczące polityki wewnętrznej. Zapewne wielkim paradoksem jest fakt, że pokazanie przez Rosję swojej słabości – chodzi o bunt Prigożyna i wagnerowców – mógł dać asumpt do bardziej ostrożnej polityki USA. Oto bowiem od wielu lat Stany Zjednoczone i cały Zachód obawiają się rozpadu, dekompozycji, dezintegracji terytorialnej Federacji Rosyjskiej. Uważają oni, że może wówczas powstać chaos na terytorium jednego z największych państw świata, a scenariusze możliwego rozwoju sytuacji wewnętrznej w Rosji są wielką niewiadomą. I ta właśnie obawa przed przekroczeniem przez Kreml cienkiej czerwonej linii odgradzającej Moskwę od wojny domowej legła u podstaw tak jednak umiarkowanych decyzji szczytu NATO w Wilnie.
Jest jeszcze trzeci element, o którym jednak wiemy najmniej i nie jestem pewien, jak dalece ma on wpływ na decyzje w obszarze amerykańskiej polityki zagranicznej. Chodzi o walkę poszczególnych frakcji w Białym Domu, w tym także ludzi na przykład z Departamentu Stanu, którzy chcieliby większego skoncentrowania się USA na Azji kosztem wojny w Europie Wschodniej.
O tym, co stało się w Wilnie, decydowały jednak zapewne dwa pierwsze czynniki, a szczególnie obawa przed niekontrolowaną zapaścią w samej Rosji.