Sprężyna emocji w Polsce została nakręcona do granic możliwości. Chyba nie ma obywatela, który nie zastanawia się nad tym: co to będzie? Szczerze powiedziawszy, jednego można być pewnym: 15 października nic się w polityce nie skończy. Raczej wszystko się znowu zacznie. Zmieni się wiele, ale nie aż tak dużo, żebyśmy mówili o wstrząsie. Nagrzanie ideologiczne opozycji jest tak wielkie, że rozum już dawno tam zasnął. Maski opadły na tyle, że już nie sposób udawać zaskoczenia tym całym fanatyzmem. Donald Tusk, który w tej kampanii – dzień po dniu – traktował swoich wyborców jak idiotów, będzie nadal tak robił. Gdyby przyszło mu rządzić, to będzie to robił na większą skalę. Może się bardziej rozkręcić, bo będzie miał jasny sygnał, że może wszystkich robić w bambuko jeszcze bardziej bezczelnie. Odetchnie również z ulgą, bo w mainstreamie nikt nie wytknie mu takich „drobnostek” jak podpisywanie zgód na umowy pomiędzy Służbą Kontrwywiadu Wojskowego a FSB. Najprawdopodobniej nie będzie też musiał się tłumaczyć z tego, dlaczego przyjaźń z Rosjanami była dla niego ważniejsza niż sojusze i współpraca w ramach NATO. Będzie o swojej skórze myślał i ją chronił. To nadal jednak mniej prawdopodobny scenariusz. Bardziej możliwe jest, że swoje rządy będzie kontynuować Dobra Zmiana, zmuszona iść na coraz nowsze i coraz bardziej zgniłe kompromisy. Gdyby i ten scenariusz się nie sprawdził, możliwy jest kolejny bieg wyborczy. Tyle tylko, że znów wezmą w nim udział ci sami zawodnicy. I wszystko zacznie się od nowa. Tylko jeszcze szybciej. Bez szczegółów i bez refleksji. Jedno jest pewne. Najciekawsze wybory przed nami. Jeszcze chyba nigdy nie było tyle niewiadomych.
Początek nowej gry
Jedno jest pewne. Najciekawsze wybory przed nami. Jeszcze chyba nigdy nie było tyle niewiadomych.