Niestety, w ostatnim felietonie miałem rację, a prezydent Warszawy nie poszedł po rozum do głowy. Zachował się tak, jak wobec kibiców PO zachowywała się zawsze. Prowokacyjnie, z premedytacją i na złość. Na koniec jeszcze, kiedy już w mediach zrobiło się bardzo głośno o skandalu związanym z finałem Pucharu Polski, umył ręce i poinformował, że winę za zaistniałą sytuację (brak zezwolenia na wniesienie opraw kibicowskich i flag) ponosi… Państwowa Straż Pożarna.
Z kolei komendant tejże służby szybko odpowiedział, że Rafał Trzaskowski mija się z prawdą, ponieważ straż tylko opiniuje wniosek o organizację imprezy masowej, a decyzję o jej organizacji na PGE Narodowym wydaje prezydent m.st. Warszawy.
Kibice Lecha Poznań zachowali się charakternie. Pomimo przebytych kilometrów za ukochaną drużyną na stadion solidarnie nie weszli i dopingowali drużynę, stojąc przed Narodowym. Przy okazji wyśpiewali Trzaskowskiemu, co o nim myślą. Oberwało się też innym, w tym piłkarskiej centrali. O ile prezes PZPN zachował się w tym momencie przyzwoicie i zapowiedział, że mecze finałowe Pucharu Polski wcale nie muszą odbywać się w Warszawie, o tyle byli prezesi już mniej. Michał Listkiewicz napisał o „terrorystach mieniących się kibicami Lecha”, przez których płakały dzieci stojące pod stadionem i którzy tysiącom wielkopolskich rodzin przybyłych do stolicy zepsuli majówkę.
Zbigniew Boniek zaś groźnie oznajmił, że „patologia nie będzie decydowała, kto ma wchodzić na stadion”. Początkowo myślano, że mówi o Trzaskowskim, ale później okazało się, że jednak o kibicach. Tego się można było spodziewać. Wyznawcy PO potrafią tłumaczyć nawet skrajną głupotę, najczęściej zwalając jej konsekwencje na innych. Nic się nie zmieniło.