Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
29.03.2019 18:39

Platforma kontra Polska B

Platforma Obywatelska ostatnio dużo obiecuje w kwestiach społecznych. Ale to obietnice bez pokrycia, bo za liberalną opozycją od zawsze stały i stoją zachwycone balcerowiczowskim modelem transformacji grupy p.o. elit w III RP.

Podsumujmy tę paradę obietnic: Grzegorz Schetyna z pakietu rodzinnego PiS niczego nie uszczknie, nauczycielom da, ile zechcą; jego partia będzie też dobra dla mniejszości seksualnych, w ogóle będzie dobra dla wszystkich i przywróci Polskę prawdziwie solidarną i wolną. Gdybym nie wiedział, że Schetyna jest facetem, któremu Tusk zostawił Platformę Obywatelską, gdy ludzie mieli jej już naprawdę dość, to pewnie bym się po prostu zaśmiał niedowierzająco. Wszak nie ma nic niezwykłego w tym, że establishment III RP obiecuje o wiele więcej, niż zamierza komukolwiek poza swoimi totumfackimi dać. 

Koteria przebiera nóżkami

Ale mówimy o liderze formacji, która nie tylko bardzo świadomie przez lata unikała prowadzenia jakiejkolwiek sensownej polityki rodzinnej i społecznej, lecz także ze swojego lumpenliberalizmu, mocno na wyrost nazywanego konserwatywnym liberalizmem, robiła powód do chwały. Mówimy o formacji, która z pomocą zaprzyjaźnionych mediów wbijała milionom Polaków do głowy, że nie ma żadnej alternatywy dla państwa życzliwego tylko dla nielicznej elity, a obojętnego lub wrogiego dla mało- i średniozamożnych. Dlatego cynizm Grzegorza Schetyny w ogóle nie jest zabawny. Jest próbą oszukania przynajmniej części społeczeństwa, wmówienia mu, że Platforma u sterów państwa byłaby w końcu partią „społecznie wrażliwą”, ale bardziej proeuropejską i tolerancyjną niż PiS. W praktyce oznacza to jedynie recydywę III RP z wszechwładzą koterii pełniącej obowiązki elit. 

Zacznijmy od przypomnienia kwestii najprostszej. Platforma, gdy przegrała wybory w 2015 r., po prostu zdezerterowała politycznie. To nie jest przecież normalne, że największa opozycyjna siła polityczna w ciągu praktycznie kilku miesięcy po przegranych wyborach przestaje być głównym antagonistą dla zwycięzcy. Ale popłoch, zniechęcenie i poczucie obciachu, jakie kojarzyły się z Platformą, były tak duże, że ich miejsce niemal z marszu zajęły środowiska w rodzaju Komitetu Obrony Demokracji i Obywateli RP. Mateusz Kijowski, praktycznie nikomu wcześniej nieznany, nagle objawił się w liberalnych mediach jako nowy mesjasz, obrońca III Rzeczypospolitej, jej męczennik – wszyscy pamiętamy grafikę, na której przedstawiono go w pozie świętego Sebastiana. 

Schetyna jak diabeł z pudełka

Dziś już wiemy, że o tym wszystkim nie zdecydowała charyzma Kijowskiego (ma jej jak na lekarstwo) ani nawet nieprzeciętne aktywistyczne zdolności KOD-owców i Obywateli RP. Po prostu Platforma musiała się schować przed opinią publiczną, bo ludzie mieli jej szczerze dość. Dość jej miała nawet spora część platformerskiego elektoratu – a przecież kogoś trzeba było pokazywać w komercyjnych telewizjach, ktoś musiał udzielać wywiadów „Newsweekowi”, „Polityce”, „Gazecie Wyborczej”. Padło więc na ludzi, którzy właściwie nic ciekawego o Polsce trzydzieści lat po transformacji nie mieli do powiedzenia. Ale szybko załapano, że potrafią w kółko wołać: „konstytucja” i „demokracja”, bez zadawania sobie trudnych pytań o to, jaka to była demokracja i jak wyglądało przestrzeganie konstytucji w czasach rozpanoszonego postkomunizmu albo ordynarnego ultraliberalizmu społeczno-gospodarczego.  

I raptem: bum! Znów wyskoczył przed publiczność Grzegorz Schetyna jak diabeł z pudełka. Skąd to? Demokracja ma wiele zalet. Ma też kilka wad, ściśle związanych z niedoskonałościami ludzkiej natury. Sporym mankamentem ustroju demokratycznego jest krótka pamięć wyborców. Rzecz jasna, z żywymi naprzód trzeba iść, że przypomnę klasyka. Trzeba też patrzeć na to, co dzieje się tu i teraz. Ale „tu i teraz” to jedno, a amnezja to drugie. Zatem schowana w cieniu Platforma odczekała swoje, a dziś liczy właśnie na blaknięcie naszej pamięci. Ludzie po prostu przyzwyczają się, że mają dziś lepiej i wolą memy o tych, co rządzą dziś, od memów o tych, co rządzili wczoraj.

Przy okazji: podobny mechanizm premiuje Roberta Biedronia, który najmłodszych wyborców dość łatwo przekonuje, że jest w polskiej polityce najbardziej świeżym ze świeżaków. Zresztą przy brodatym Adrianie Zandbergu z pryncypialnie zmarszczonym czołem Biedroń wygląda jak lider partyjnej młodzieżówki, a nie stary wyjadacz, który jeszcze w latach 90. działał w Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej, później przekształconej w Sojusz Lewicy Demokratycznej. 

Kto nie cierpi Polski B?

Wiele wskazuje na to, że tak naprawdę Platforma Obywatelska nic się nie zmieniła – części jej polityków raz po raz wyrywają się pogardliwe i aroganckie wypowiedzi o polityce rodzinnej i społecznej Prawa i Sprawiedliwości. Część elit Platformy jest naprawdę ciężko chora, że ktoś spróbował urządzić państwo w kwestiach społecznych inaczej, niż oni byli sobie w stanie to wyobrazić, i zupełnie inaczej, niż by sobie tego życzyli. A przecież rządy PiS to nie tylko 500+, to podniesienie płacy minimalnej, znaczne podniesienie stawki godzinowej, program emerytalny dla niepracujących zawodowo matek z czwórką i większą liczbą dzieci itd., itp. PiS wprowadzał te zmiany radykalnie, w bardzo krótkim czasie – w państwie, w którym takich rzeczy nigdy „nie dało się zrobić”. A „nie dało” się ich robić, ponieważ proplatformerskie elity od zawsze strzykały jadem w stronę tych, którym nie podobał się balcerowiczowski model transformacji.

Schetyna świetnie sobie zdaje sprawę, że niemała część Polaków zrozumiała, że polityka społeczna nie stanowi wcale reliktu PRL, ale jest częścią normalnego funkcjonowania europejskich państw, w tym tzw. starych demokracji. Zatem jedyne, co może dziś zrobić, to udawać, że – owszem – jego formacja też tego wszystkiego chce dla Polaków. Ale to nieprawda. Platforma to nie tylko jej aktyw polityczny, to również jej elita (używam tego terminu w tym kontekście z braku lepszego parlamentarnego słowa): przyzwyczajona do poczucia własnej nieomylności i wszechwładzy, traktująca wszystko, co nie jest Warszawką czy Krakówkiem, jako gorszą Polskę. To elita, której nie obchodziła przez dekady Polska mniej zamożna, Polska prowincjonalna, Polska małomiasteczkowa, wiejska, Polska bezrobotna, Polska traktująca emigrację jako coś wymuszonego, Polska uboga energetycznie i wykluczona transportowo. 

Tej Polsce ani Platforma, ani powiązane z nią środowiska medialne, artystyczne, kulturotwórcze nie miały na ogół nic dobrego do powiedzenia. I gdyby PO wróciła do władzy, jej elity szybko odbiłyby sobie na Polsce B, na pięćsetplusowym elektoracie, tych ostatnich kilka lat, które odbierają jako upokorzenie. 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane