Gdy zamykaliśmy ten numer tygodnika, los dwuosobowej ekipy wspinającej się na Nanga Parbat nie był znany. Wszystko wskazywało jednak na to, że nie będzie dobrze. Francuzka była wyczerpana, ale zeszła kilkaset metrów niżej – na tej wysokości to znacząco zwiększa szanse na przeżycie. Polak pozostał w strefie śmierci. Rzeczpospolita powinna iść na ratunek każdemu swemu obywatelowi, bez względu na to, gdzie dopadły go kłopoty. To sprawa bezdyskusyjna. Tak samo uznali premier Morawiecki i minister Czaputowicz – budżet państwa sfinansował przelot helikopterów, placówka dyplomatyczna koordynowała akcję. Niezwykle heroicznie zareagowali himalaiści z bazy spod K2.
Ruszyli na pomoc w najsilniejszym możliwym składzie, choć proces ich aklimatyzacji nie dobiegł jeszcze końca. Mimo grozy sytuacji, wzruszenia związanego ze wspaniałą postawą naszych ratowników, nie można popaść w szaleństwo i czynić z zimowego himalaizmu bohaterstwa. Nie, to nie jest bohaterstwo, to – przepraszam – rodzaj groźnej i dramatycznej w skutkach obsesji. Gdy czytam o „lodowych wojownikach”, „twardzielach nie do złamania”, to mam wrażenie, iż piszący to dziennikarze upadli na głowę. Awansują szaleństwo i nieliczenie się z losem bliskich do rangi nadzwyczajnego wyczynu. Wiem, że dzisiejszy świat karmi się sensacją. A przekraczanie granic nabija popularność. Jednak ludzie rozumni muszą umieć oddzielić głupotę od czynu godnego naśladowania. Zimowa wspinaczka na najwyższe góry świata to całkowicie to pierwsze. W żaden sposób nie ubogaca ludzkości, nie wpływa na jakikolwiek postęp, nie wywołuje wspaniałych doznań kibicujących rywalizacji.
W „stukilometrowym” wietrze, gigantycznej pokrywie śnieżnej, przy odczuwalnej temperaturze rzędu minus 60 czy 70 stopi Celsjusza i rozrzedzonym powietrzu człowiek ma większe szanse na śmierć niż na życie. Po wyczynach „lodowych wojowników” pozostają albo kaleki, albo osierocone rodziny. Czy to jest sport, czy autodestrukcyjne odreagowanie jakichś własnych problemów? Nie postuluję tego, by wprowadzić zakaz takich wejść. Zawsze będą szaleńcy, którzy w imię swej chorej satysfakcji są gotowi narażać najbliższych: rodziców, żony, mężów czy dzieci na przeżycie ich śmierci. Ale apeluję, byśmy nie budowali mitu tych ludzi, bo na mit nie zasługują. Będą wpadać w kłopoty, będą ginąć – ratujmy ich ze wszystkich sił, ale nazywajmy rzeczy po imieniu. Oni nie są bohaterami, nie są dumą Polski itp. Można im jedynie współczuć.
***
Przy okazji tragedii na Nanga Parbat media totalnej opozycji starały się atakować rząd, twierdząc, iż za wolno opłacał helikoptery. Nikt nie zauważył, że na ratunek polsko-francuskiej ekipie rzucili się tylko polscy urzędnicy. Czy ktoś słyszał o helikopterach opłaconych przez prezydenta Macrona? Dziwnym trafem złośliwości i oburzenia pod adresem rządu Francji nie było. Pytanie o ubezpieczenie wyprawy zostawiam bez odpowiedzi.