Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
06.06.2016 21:13

Sportowa dobra zmiana

Podróże kształcą. Nawet – a może szczególnie? – podróże po Niemczech. Przekraczamy granicę belgijsko-niemiecką.

Podróże kształcą. Nawet – a może szczególnie? – podróże po Niemczech. Przekraczamy granicę belgijsko-niemiecką. Niemcy mają w Królestwie Belgii swoją mniejszość narodową, nie jest ona duża, ale na tyle istotna, że język niemiecki jest jednym z trzech oficjalnych języków tego państwa, wpisanym do konstytucji obok flamandzkiego i francuskiego – z Belgii do RFN często jedzie się przez Holandię. I tak czynimy z Bartkiem.

Zaraz przy granicy atakują nas dowcipy, z których, owszem, można się pośmiać, choć prawdę mówiąc nie ma z czego się śmiać. Na przykład: Niemcy za 30 lat, 2046 r. – dwóch policjantów zatrzymuje kierowcę samochodu do kontroli. Uważnie oglądają jego prawo jazdy: „Popatrz, Mohammed – mówi jeden do drugiego – jakie dziwne imię: Hans!”.

Niejedyny to „Witz” z tego obszaru geograficznego. Kolejny na przykład jest taki. Premier Szydło dzwoni do kanclerz Merkel: „Słuchaj, Angela. Mam milion uchodźców na granicy! Co mam robić?”. Na to Merkel: „Jak to co? Beata, już tyle razy ci mówiłam: przyjmuj ich!”. W odpowiedzi słyszy: „Ależ Angela, to są Niemcy!”…

Wewnątrzarabski ćwierćfinał europejskiego pucharu

Omijamy starożytny Akwizgran, nazywany tu Aachen, i niedługo jesteśmy w Kolonii. Niegdyś znanej ze wspaniałej katedry, ale też z bardzo ciekawego muzeum sztuki (i tradycyjnej, i współczesnej) Wallraf-Richartz Museum, ostatnio zaś głośnej głównie za sprawą nocy sylwestrowej i molestowania Niemek przez muzułmańskich imigrantów przy bierności policji i milczeniu mediów. Teraz w mieście jest masa radiowozów, policja wszędzie widoczna, nie udaje, że jej nie ma, jak pół roku temu. Ma to swoje uzasadnienie, bo w tejże Kolonii odbywa się „Final Four Ligi Mistrzów” w piłkę ręczną. Grają Francuzi, Polacy, Węgrzy i Niemcy – tyle że z nadbałtyckiej Kilonii, a nie nadreńskiej Kolonii. Powiedzenie angielskiego piłkarza Gary’ego Linekera, który mówił, że piłka nożna to taka gra, w której przez 90 minut biega się za piłką, a na końcu i tak wygrywają Niemcy, jest owszem, może czasem aktualne w piłce kopanej, ale nie w piłce ręcznej, przynajmniej tej klubowej: Niemcy dostają baty najpierw od Madziarów, a potem w walce o brązowy medal od paryżan.

I tu wracamy do śmiesznych, chociaż smutnych dowcipów z początku artykułu. Oto bowiem kluby Paris-Saint-Germain, zarówno ten piłkarski, jak i drugiej piłki – czyli ręcznej, zostały kupione przez szejków z Kataru. Dlatego też jeden z czterech tegorocznych ćwierćfinałów piłkarskiej Ligi Mistrzów był wewnątrzarabski – spotkały się kluby, które parę lat temu zostały kupione przez szejków właśnie. Tym drugim, obok klubu z Paryża, był Manchester City (nie mylić z Manchesterem United!). Górą byli muzułmańscy właściciele z Wielkiej Brytanii.

Ponownie jednak wracając do Kolonii: lanie w meczu o brązowy medal sprawił nadbałtyckim Niemcom arabski – w sensie właścicielskim – klub stolicy Francji. Czyż nie jest to metafora? Wcześniej jednak drużynę szejków pokonali Polacy z Kielc, mając w składzie prezesa z Holandii i zawodników m.in. z Węgier, Niemiec i dawnej Jugosławii oraz Hiszpanii – choć Polacy byli tam w wyraźnej większości.

Na trybunach przez dwa dni (finały i półfinały) było aż czerwono – nie chodzi o komunistów, ale o czerwone koszulki kibiców węgierskiej drużyny Veszprem. Gdy nasi toczyli zwycięski bój z „arabskim” Paryżem, Madziarzy dopingowali Polaków, zgodnie ze starym powiedzeniem: „Polak, Węgier – dwa bratanki i do szabli, i do szklanki”. Nasi przełamali Francuzów, a w finale wygrali z bratankami znad Dunaju w „bratobójczym” boju. Nie obyło się bez polityki, bo i w sobotę, i w niedzielę tysiące Węgrów w kolońskiej hali skandowało: „Ria, Ria, Hungária!” – co oznaczać ma „wielkie Węgry”.

Mnie to nie przeszkadzało: najważniejsze, że biało-czerwoni byli górą.

Ostatnie miejsce w finałowym turnieju Ligi Mistrzów zajęli zachodni sąsiedzi – w myśl powiedzenia „odwróć tabelę, Niemcy na czele”.

A swoją drogą, miło, jak nasi dają łupnia bliższym i dalszym sąsiadom. Dożyłem czasów, gdy Polacy wygrywają Ligę Mistrzów!

Nowa „polityka sportowa” Viktora Orbána

Żeby był triumf, najpierw trzeba włożyć pieniądze. W wypadku drużyny z Kielc, która dysponowała skądinąd najmniejszym budżetem (sic!) z całej czwórki finalistów „Final Four”, jest to swoiste sportowe partnerstwo publiczno-prywatne, bo pieniądze daje spółka skarbu państwa – Tauron, ale przede wszystkim głównym sponsorem jest firma Vive – należąca do spolonizowanego Holendra Bertusa Servaasa (polska żona, czwórka dzieci mieszkających w Polsce).
W wypadku Paris-Saint-Germain – wiadomo „szmal pachnący naftą”: arabscy właściciele nie muszą do nikogo wyciągać ręki, bo budżet mogą sami skonstruować w zależności od własnego kaprysu (przed sezonem kupili z ówczesnego triumfatora Ligi Mistrzów, słynnej Barcelony, najlepszego zawodnika świata, Francuza – rodem z Bałkanów – Karabaticia).

Co do Węgrów, sprawa jest zgodna ze standardami wprowadzonymi przez premiera Viktora Orbána: pieniądze w dużej mierze wykłada państwo poprzez państwowe firmy. To przyniosło efekt w piłce nożnej, bo po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat reprezentacja znad Dunaju awansowała do finałów mistrzostw Europy. Dla rządzącego Fideszu i jego szefa, po raz trzeci premiera Węgier, kiedyś piłkarza, później ojca piłkarza, sprawa jest prosta: państwo nie może być „nocnym stróżem” ani w gospodarce (jak chcą liberałowie), ani w sporcie. Państwo w tej koncepcji musi kreować swoistą „politykę sportową”, która polega na inwestowaniu państwowych pieniędzy poprzez spółki skarbu państwa bądź też z kiesy bogatych Węgrów, których interesy w jakimś, nieraz dużym, stopniu zależą od władzy w Budapeszcie. Nic dziwnego więc, że czołowi biznesmeni, a nawet politycy węgierscy, są prezesami klubów piłkarskich (czy szerzej sportowych) i albo przeznaczają na to własne środki, albo skutecznie „załatwiają” pieniądze ze spółek państwowych czy prywatnych, ale po części przynajmniej „wiszących” na zamówieniach rządowych. Skoro wymieniam polityków węgierskich, nie muszę długo szukać, bo paręnaście metrów ode mnie w Parlamencie Europejskim siedzi mój dobry kolega z tej samej Komisji Kontroli Budżetu, europoseł od 2004 r., jeden z liderów Fideszu Tamas Deutsch – prezes zasłużonego klubu z Budapesztu MTK.

Polski triumf po 38 latach!

Jak ktoś płaci, to wymaga. Ponieważ wspomniany węgierski eksportowy klub piłki ręcznej Veszprem (to nazwa ledwie 35-tysięcznego miasteczka) nie ma żadnych rywali w kraju, to od pewnego czasu nie grał w rozgrywkach ligowych krajowych, tylko partycypował w międzynarodowej lidze skupiającej głównie kluby z Bałkanów. Jednak rządowi w Budapeszcie zależało na podniesieniu poziomu szczypiorniaka w kraju (Madziarzy grali na igrzyskach olimpijskich w Londynie w 2012 r., w przeciwieństwie do Polaków, ale z kolei nie awansowali do igrzysk w Rio w 2016 r., gdzie biało-czerwoni powalczą o medal), „przekupił” więc klub z Veszprem. Za powrót do węgierskiej ligi piłki ręcznej finalista z „Final Four” w tym (i zeszłym roku), otrzyma pokaźną kwotę 2 mln euro.

Piszę o tym tak dużo, ponieważ uważam, że byłoby największą głupotą ulegać skrajnie irracjonalnym hasełkom zrezygnowania z zasilania sportu na poziomie klubów i związków sportowych z budżetu państwa.

Na szczęście rząd PiS-u takim podszeptom nie uległ i wielu zawodników oraz federacji i klubów specjalizujących się w różnych dyscyplinach może liczyć na wsparcie ze strony rządu w Warszawie – i to zapewne znacznie większe niż za poprzedniej koalicji PO-PSL. Na pewno pomogą w tym sukcesy polskich sportowców, w tym także awans na igrzyska olimpijskie w Brazylii piłkarzy ręcznych i siatkarzy (dokonało się to właśnie dopiero co na turnieju kwalifikacyjnym w Japonii). Ale także spektakularny sukces polskiego klubu piłki ręcznej Vive Tauron Kielce (Tauron to oczywiście państwowa firma), który po raz pierwszy w historii polskiego sportu wygrał Ligę Mistrzów w grach zespołowych i jako drugi, po blisko 40-letniej przerwie, sięgnął po najważniejszy europejski puchar w swojej dyscyplinie – pierwszym był Płomień Milowice (obecnie dzielnica Sosnowca), który wygrał rywalizację klubów z całej Europy w męskiej siatkówce w 1978 r.

Także i w sporcie, jak widać, mamy dobrą zmianę...

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane