Podczas zakończonej wczoraj wizyty na Słowacji prezydent RP Andrzej Duda przypomniał o konieczności zwiększenia wydatków na obronność w krajach NATO do 3 proc. PKB. Polski przywódca zabiega o to, by sprawa ta została załatwiona już podczas czerwcowego szczytu Sojuszu w Hadze.
W tym samym tonie od dawna wypowiada się również amerykański przywódca Donald Trump. Tylko sukcesywne zwiększanie własnych zdolności odstraszających jest w stanie zastopować rosyjski neoimperializm. Najbardziej świadomi tego są ci, którzy sąsiadują z agresorem. Im dalej od Rosji, tym postrzeganie jej jest bardziej odmienne. Nadal wewnątrz NATO jest grupa hamulcowych, dla których 11 lat to za mało, by wypełnić zobowiązanie z 2014 r. w kwestii przeznaczania 2 proc. wydatków na obronność. Do nich zalicza się m.in. Hiszpania, która w ostatnim czasie dostała solidną burę od Waszyngtonu. Jednak czas na polityczne prośby już minął. Trzeba działać, i to szybko, bo postawa Kremla jasno wskazuje, że Rosja nie ma zamiaru porzucić agresywnej polityki zewnętrznej. Widać to nie tylko po sytuacji na Ukrainie, ale także w rejonie Bałtyku, w cyberprzestrzeni i działaniach agenturalnych Rosji w całej Europie.