Puentą do tego nagrania była przede wszystkim z lubością pokazywana przez prawicowe media mina Donalda Tuska podczas sejmowego wystąpienia Karola Nawrockiego. Nawrocki w parlamencie został przywitany przez marszałka Hołownię (i milczącą marszałek Kidawę-Błońską), a następnie zaprzysiężony. W tle była obecność na sali delegacji amerykańskiej, a pod sejmem wielkiego tłumu widzów Republiki, związkowców z „Solidarności”, po prostu – wyborców, którzy przyjechali świętować. Ale też pilnować, by nikt nie miał pomysłów głupich i rozpaczliwych, a jeśli już nie miał, nie miał odwagi wcielić ich w życie. Nawrocki poszedł więc jak taran, a gdy się już odezwał, nie zostawił żadnego miejsca na niedopowiedzenia. Owszem, rozpoczął od mocnego aktu przebaczenia za krzywdy i świństwa, wyrządzone mu w kampanii. Owszem, zbudował mosty z różnymi opcjami poprzez propozycje programowe i odniesienia historyczne do ważnych dla poszczególnych sił politycznych postaci (Dmowski, Witos, Daszyński, Korfanty…). Ale też wprost wskazał na łamanie prawa i podał jego bardzo konkretne przykłady. Tu nie będzie już bezsilnego milczenia i równie bezsilnych skarg w mediach. Będzie nazwanie rzeczy po imieniu i adekwatna na nie reakcja. W to przynajmniej wierzą dziś wyborcy Karola Nawrockiego, a jego słowa w sejmie dały wierze tej bardzo mocne podstawy. Polska się zmieniła. „czasy się zmieniły” – jak tłumaczyli swoje wolty w ostatniej kampanii przedstawiciele obozu władzy.
Zmieniło się coś jeszcze. Atmosfera na ulicach. Pod sejmem, podczas uroczystej mszy świętej, z bardzo dobrym, potrzebnym i można by rzec formacyjnym kazaniem arcybiskupa Galbasa, podczas przemarszu z Zamku Królewskiego pod pałac prezydencki i na pl. Piłsudskiego. To nie była żadna terapia dla sfrustrowanego, opozycyjnego tłumu, to nie była nagroda pocieszenia. To była radosna manifestacja, święto suwerena, który poczuł swą siłę i odzyskał nadzieję. Jest oczywiste, że rządzący układ będzie spróbował się odgryźć, być może nawet dziś, jeśli potwierdzą się pogłoski o siłowym wejściu do KRS. Tyle, że po drugiej stronie pojawił się gracz silny, pewny siebie i dla starego wygi Tuska nieznany i nieprzewidywalny. Polska wróciła do gry.