Powiedział wówczas, że Kościół przypomina podziurawiony okręt, że woda wlewa się weń wieloma otworami, oraz poprosił katolików z całego świata o modlitwę, „bym nie uciekł z obawy przed wilkami”.
Największe pragnienie
Pojawiało się przypuszczenie, że Benedykt XVI nie mógł się podjąć w zgodzie z sumieniem dalszego kierowania Kościołem z tak nastawionym otoczeniem, bo nie mógł wypełniać swoich obowiązków stanu. Z drugiej strony czuło się skrywany niepokój w komentarzach. Kręgi niechętne Kościołowi nie były najwyraźniej pewne, co też ten sprytny Niemiec szykuje. Czy nie okazał się aby bardziej przewidujący od swoich przeciwników i nie zagrał va banque. Z kolei komentatorzy postępowi szukali na gwałt analogii do odejścia z tego świata Jana Pawła II i próbowali obu papieży porównywać w myśl zasady, że każdy fakt potwierdza, iż mamy do czynienia z „wiosną Kościoła”.
„Hasłem luteranizmu było: każdy człowiek papieżem!”, przypominał, przestrzegając przed doktrynalnym zamętem, szwajcarski kaznodzieja, ks. prałat Robert Mader z Bazylei, jeszcze w latach 20. minionego wieku. „Hasłem nowoczesnej rewolucji: każdy człowiek królem! Hasłem radykalnego liberalizmu musi być konsekwentnie: każdy człowiek Bogiem!”, grzmiał duchowny, autor książek cieszących się wielką popularnością. Jedyność i wyjątkowość władzy papieża zawsze była i jest solą w oku wrogów Kościoła. Każdy sygnał czy przypuszczenie, że władza ta słabnie — a już szczególnie fakt tak spektakularny jak abdykacja papieża — budzi w tych kręgach prawdziwy entuzjazm. By zaś nie zaczęto się w Kościele gorliwiej modlić w intencji Ojca Świętego, który jest jedyną osobą mogącą przezwyciężyć kryzys dotykający Kościół (jest wszak monarchą absolutnym, co jest bezspornym faktem wbrew rozpowszechnionej dziś kolegialności), zalewa się nas potokiem informacji, które nie niosą żadnej treści.
„Niewidzialne królestwo Chrystusa jest widzialnym królestwem papieża i hierarchii kościelnej”, przypominał ten sam autor. Indywidualna jednoosobowa odpowiedzialność głowy Kościoła za Kościół jest czymś tak obcym dzisiejszemu światu, dla którego bezpieczne jest tylko to, co wspólne, zbiorowe, kolektywne (wspólnotowe), że niektórzy watykaniści nie wahali się w tamtych dniach wyrażać radości, że oto wszystko jest na najlepszej drodze, by „własna osobowość” Benedykta XVI „nie zasłaniała wcielonego Boga”. Abdykacja papieża była w ich interpretacji „darem dla nas”.
Benedykt XVI powiedział tymczasem katolikom swoją decyzją dobitnie coś niezmiernie ważnego o stanie, w jakim znajduje się Kościół. Być może nie mógł tego uczynić w żaden inny sposób. W ten sposób zakończył się pontyfikat papieża, którego największym pragnieniem było, by katolicy zachowali wiarę.
Wiara zapisana w świętej formie liturgii
Także dlatego przywrócił do pełni praw „starą mszę”. Mszę według rytu rzymskiego lub trydenckiego. Stało się to po raz pierwszy od roku 1966, gdy praktycznie wszedł w życie tzw. Mszał Pawła VI (zatwierdzony w 1970 r.). Według tego mszału w całym Kościele zaczęto odprawiać msze św. o zmienionym porządku liturgicznym, Novus Ordo Missae. Benedykt XVI przywrócił mszę trydencką w 2007 r. na mocy listu apostolskiego, motu proprio „Summorum Pontificum”. 21 stycznia 2009 r. zdjął ekskomunikę ciążącą na biskupach przewodzących grupie kapłanów zrzeszonych w Bractwie św. Piusa X, gdzie odprawiana jest msza trydencka.
Gdy Benedykt XVI opuścił na własne życzenie Stolicę Piotrową i jako „emerytowany papież” pojawił się w Castelgandolfo, większość komentatorów o tym fakcie milczała. To nie był temat, który mógł być „nośny” na podsumowanie siedmioletniego pontyfikatu. „Stara msza”, w kontekście zakończenia posługi Ojca Świętego, tak jak i wcześniej, podczas jej trwania, nikogo prawie nie obchodziła. Dziś, gdy widać, jak kościoły, gdzie odprawiana jest „nowa msza”, pustoszeją, a te, gdzie sprawowana jest tradycyjna liturgia, pękają w szwach, jest o czym pomyśleć. Jest też za co dziękować zmarłemu papieżowi, któremu tak zależało, byśmy zachowali wiarę.
Wiarę, a nie nawyki, nie emocje odnoszące się do religijnych przeżyć, nie ogólne wyobrażenia o Bogu. Bo ryt „starej mszy” zawiera pełnię doktryny Kościoła o zbawieniu i odkupieniu. Zawiera istotę ekskluzywizmu naszej wiary. Wyraża pełnię tego, w co jako katolicy wierzymy, a co nie pochodzi od ludzi. Pełnię tego, czego nie da się porównać z żadną inną religią i z żadnym innym kultem. Msza rytu trydenckiego w Kościele uznana została za świętą formę liturgii. W dawnym rycie – precyzyjnie, jasno i mocno oddającym istotę odkupienia ludzi przez Chrystusa – zawarta jest pełnia duchowej i intelektualnej treści, której jako katolicy potrzebujemy do zbawienia.
W Bogu wielkość Kościoła
Żegnając z wielkim smutkiem papieża Benedykta XVI, warto zauważyć, że słowo „tradycja” pojawia się w wypowiedziach oficjalnych komentatorów w tym podniosłym momencie bardzo rzadko, a gdy już, to z reguły przyobleczone w odmienną treść. Mówi się o przywiązaniu Benedykta XVI do pism Ojców Kościoła i o jego katechezie opartej na nich, o jego znawstwie muzyki sakralnej i umiłowaniu piękna w sztuce sakralnej. O nawiązywaniu przez niego do dawnego stylu sprawowania liturgii. O głębi jego odczytywania Ewangelii, o tradycyjnej moralności, której bronił, i zdecydowanym papieskim „nie” wobec nowej etyki dotyczącej sfery przekazywania życia i nowej koncepcji rodziny. Nie mówi się jednak o istocie rzeczy. Istotą rzeczy jest w Kościele kult Boga. Kult, który jest wynikiem zrozumienia, kim Bóg jest, oraz wyrazem posłuszeństwa i miłości do Niego.
Wielkość Kościoła polega na tym, że sprowadza on na ziemię Boga. Benedykt XVI był pierwszy papieżem od ostatniego soboru, który o tym zadaniu Kościoła i o jego nadprzyrodzonej wielkości pamiętał i do tego wzywał ludzi wierzących. Przywrócenie tradycyjnej liturgii Kościoła, a wraz z nią nieskażonej błędami modernizmu doktryny katolickiej było najważniejszym zadaniem, przed jakim stanął w 2005 r. Josef Ratzinger. Wszystko wskazuje na to, że pragnął szczerze je wypełnić.
Niemiecki papież wiedział, że kryzys, jaki nęka Kościół, trzeba precyzyjnie określić. Kryzys Kościoła jest kryzysem wiary (a nie efektem działania „lobby homoseksualistów” w łonie Kościoła, jak nam się nieustannie wmawia). Benedykt XVI nie był „papieżem entuzjazmu, papieżem radości”, jak chciałyby środowiska próbujące prawdziwe problemy Kościoła sprowadzić do radzenia sobie z psychologią tłumu, dla którego głowa Kościoła jest niczym więcej niż maskotką. Zaczął swoją posługę od fundamentu. Od prawdy.
Bronił prawdy w Kościele i o Kościele z oddaniem, odwagą i heroizmem. Na pewno bliskie były mu słowa Messoriego, który pytany kiedyś o stosunek do przyszłości powiedział: „Wydaje mi się, że cała przyszłość mieści się w czterech słowach Jezusa, przekazanych przez Łukasza Ewangelistę: «Nie bój się, mała trzódko... (Łk 12,32)«. Wydaje mi się, że w tych słowach widzę wszystko...”.