Walka o ujarzmienie epidemii ma jeden najważniejszy cel – jest nim utrzymanie wydolności systemu opieki zdrowotnej. I nie chodzi o kolejki czy czas oczekiwania na badanie, lecz o możliwość ratowania życia tym, którzy znaleźli się w sytuacji jego natychmiastowego zagrożenia. Naprawdę trudno zatem pojąć, skąd bierze się determinacja tak wielu osób publicznych (poza politykami Konfederacji, bo akurat w ich przypadku wszystko jest jasne), choćby publicystów, do kwestionowania konieczności walki z COVID-19. Kilka tygodni temu profesor Szumowski powiedział, iż ci, którzy przekonują opinię publiczną, że zagrożenia nie ma lub jest porównywalne do grypy, będą mieć na sumieniu cierpienie lub śmierć innych. Można powiedzieć, że dziś jego słowa się spełniają. Liczba zakażeń rośnie i proporcjonalnie do niej przybywa najcięższych przypadków i najdramatyczniejszych finałów walki o życie. Być może w wakacje kilku właścicieli paru tytułów prasowych podniosło sobie nieco statystyki sprzedaży, publikując artykuły żerujące na ludzkim zmęczeniu zagrożeniem epidemią, ale dziś widzimy efekty między innymi tej ich działalności.
Może warto zatem wyłożyć kilka najważniejszych spraw związanych z zarazą chińskim wirusem. Przede wszystkim – rzeczywiście ogromna część ludzi pokona go bez większego problemu, ale niestety znacząca część (szczególnie starszych) będzie potrzebowała bardziej lub mniej intensywnej opieki medycznej udzielanej w szpitalu. A ponieważ zasięg epidemii jest bardzo duży, to i liczebność tej grupy będzie na tyle duża, że wywoła poważne perturbacje w systemie zdrowotnym. Jeśli przekroczony zostanie punkt krytyczny – trzeba będzie wybierać, kogo ratować, a kto stanie się pacjentem bezpriorytetowym. Dodatkowo konieczność ratowania duszących się ludzi spowoduje wyłączanie leczenia takich, którzy też są w zagrożeniu życia, ale bez groźby śmierci w ciągu godziny czy dwóch. Jak choćby chorych na raka. COVID ograniczy możliwości leczenia pacjentów niecovidowych, jeśli zakażonych będzie za dużo. I już wiedząc tylko to, można zadać pytanie, skąd bierze się taka determinacja części publicystów w rozprawianiu o wyolbrzymianiu zagrożenia epidemicznego przez rząd, terroryzowaniu ludzi maseczkami? Można wręcz zapytać: jeśli wasza wolność jest ograniczana maską, to co to za wolność? Wolność do chuchania i smarkania na innych? Zatem jeśli ktoś ma wątpliwości, czy maseczki są potrzebne, czy są skuteczne albo jak bardzo skuteczne, niech postawi sprawę tak: OK, może to słabo działa albo nie jestem przekonany do tego działania, ale jeśli w jakichś wyjątkowych okolicznościach ta ochrona mimo wszystko zadziała i inny człowiek uniknie dzięki temu terapii tlenowej czy nawet dwóch tygodni ciężkiej gorączki albo kobieta przed porodem (tak, dla mam tuż przed rozwiązaniem COVID to dramat) kilkudniowego odseparowania od swego nowo narodzonego maleństwa, to czy nie warto jednak w tej masce zrobić zakupy czy wsiąść do autobusu? To przecież kwintesencja chrześcijaństwa – myślenie o drugim człowieku, o tym, czy mogę go uchronić przed czymś, czego sam bym nie chciał. Tylko tyle.