Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard  Czarnecki
08.05.2023 15:00

Najważniejsza elekcja w 2023 r.

Po dawnym Konstantynopolu, a dzisiejszym Stambule jeżdżę długo – to olbrzymia aglomeracja licząca 15 mln mieszkańców. Czuć, że cała Turcja żyje kampanią wyborczą. Za niespełna tydzień, 14 maja odbędą się wybory prezydenckie i parlamentarne w tym należącym do Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego kraju. Wpływowy tygodnik „Politico” uznał, że to najważniejsze wybory w roku 2023 na świecie! Oczywiście dla nas, Polaków, najważniejsze wybory odbędą się w naszym kraju w październiku, ale nawet nam trudno nie docenić elekcji w państwie, z którym za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości stworzyliśmy wraz z Rumunią flankę wschodnią NATO.

Warszawa ma specjalne relacje z Ankarą. Doceniamy, że w czasie zaborów, w czasie corocznych przyjęć u sułtana Turcji przy wyczytywaniu państw, których dyplomaci byli tam reprezentowani, ogłaszano przez lata, że „poseł Lechistanu nie przybył”, choć Polski nie było wtedy na mapie Europy. Turcja dała schronienie polskim emigrantom politycznym po powstaniu listopadowym. Stąd osada Polonezköy (tur. „polska wieś”), czyli Adampol, położona 38 km od Stambułu, założona w 1842 r. Nazwa Adampol pochodzi od imienia księcia Adama Czartoryskiego, inicjatora zakupu terenu pod osadę dla przebywających w Turcji powstańców listopadowych. Z nazwą Adampol często jednak błędnie łączy się postać Adama Mickiewicza, który w Turcji w 1855 r. zmarł podczas epidemii cholery.

Dobre relacje z Polską

Najważniejsze jednak są obecne relacje, a te są chyba tak dobre jak nigdy. Rzeczpospolita jako pierwszy kraj NATO i UE kupiła od Turcji drony. Dokonując tego zakupu, minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak wyszedł na proroka, bo krytykowane przez opozycję w Polsce tureckie drony okazały się później niezwykle skuteczne na Ukrainie w wojnie z Rosją. Wizyta prezydenta Andrzeja Dudy wraz z delegacją rządową z wicepremierem Piotrem Glińskim na czele w maju 2021 r. i nieco późniejsze zakupy sprzętu militarnego otworzyły nowy etap we wzajemnych relacjach.

Zostały one, paradoksalnie, zintensyfikowane w okresie pandemii, gdy odważni polscy turyści ratowali turecki biznes turystyczny: liczbę Polaków nawet w najgorszym pandemicznym roku 2020 szacuje się na setki tysięcy. Dodajmy do tego specjalne możliwości podróżowania dla obywateli Turcji do Polski podczas zarazy – takie same, jak dla krajów UE. Pamięta się tu także, że prezydent Lech Kaczyński, wbrew kanclerz Angeli Merkel i kolejnym prezydentom Francji, opowiadał się za przystąpieniem Turcji do Unii Europejskiej. Inna sprawa, że była to raczej demonstracja polityczna, bo w sytuacji sprzeciwu wobec tej akcesji Berlina, Paryża, a także Wiednia nie było to możliwe ani wtedy, ani nie jest (na razie) teraz.

Walka dwóch tytanów...

Nie przypadkiem skończyłem omawianie relacji polsko-tureckich na unijnej perspektywie dla Ankary. Oto bowiem opozycja w tym kraju daje do zrozumienia Turkom, zwłaszcza mieszkańcom wielkich miast, że przejęcie przez nią władzy po 21 latach ery prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana i jego formacji AKP (Partia Sprawiedliwości i Rozwoju) ułatwi relacje z Brukselą i przybliży potencjalny akces Ankary do Unii. Nie jestem o tym do końca przekonany, bo przecież nie chodzi tu o bardziej proeuropejską i prounijną retorykę działaczy opozycji, tylko o brak woli politycznej po stronie UE dla rozszerzenia Unii o olbrzymie demograficznie państwo tureckie, które po wejściu do Wspólnot Europejskich stałoby się w nim prędko krajem numer 1! A na to nigdy nie będzie zgody niemiecko-francuskiego tandemu.

Jeszcze nigdy opozycja nie była tak bliska wygrania wyborów jak teraz. Czy jednak stanie się to, co wieszczy portal TVN24, że nastąpi zmierzch „sułtana”? Zobaczymy. Na razie szanse obozu Erdoğana i jego głównego konkurenta Kemala Kilicdaroglu, zwanego „tureckim Gandhim”, są bardzo wyrównane. Ów przydomek jest rzeczywiście trafiony, bo kandydat opozycji naprawdę przypomina Mahatmę Gandhiego. Przynajmniej z wyglądu, a nie co do metod uprawiania polityki. Poza tymi dwoma głównymi kandydatami startuje jeszcze dwóch polityków: proeuropejski centrysta Muharrem Ince i nacjonalista Sinan Ogan.
Stawka tych wyborów jest prosta: kontynuacja albo zmiana. Erdoğan ma realną władzę już dwie dekady, z czego 11 lat był premierem, a od 2014 r. jest prezydentem. Lewicowo-liberalne media w Polsce i po części na Zachodzie lubią porównywać go do Putina i Łukaszenki, ale porównania te, silnie nasycone ideologiczną niechęcią, nie mają większego sensu. Turcja jest członkiem NATO, poza tym odbywają się tu realne wybory, a nie farsy wyborcze jak w Moskwie czy Mińsku. Nawet opozycja już rządzi w największych miastach, w tym w stolicy i w Stambule.

Turcja pod rządami „sułtana” Erdoğana

Trzeba przyznać, że Erdoğan przywrócił znaczenie Turcji jako ponadregionalnego gracza. Jednak nie tylko o geopolitykę tu chodzi. Tureckie drony Bayraktar stały się wizytówką świetnie rozwijającego się narodowego przemysłu militarnego, który w ostatnich dwudziestu latach wszedł do wyższej europejskiej ligi. Zaczęto produkować TOGG, czyli tureckie auto elektryczne, które jest wizytówką przemysłu motoryzacyjnego skrzyżowanego z najnowocześniejszą technologią. Uruchomiono pierwszą turecką elektrownię atomową Akkuyu. Intensywnie trwają prace – pod patronatem prezydenta Erdoğana – nad sztuczną inteligencją. Otwarto nową linię kolejową dużej prędkości Ankara−Sivas. Wreszcie rozpoczęto produkcję tureckiego myśliwca piątej generacji ­KAAN czy najnowszej generacji czołgu Altay.

Jednak te osiągnięcia, które wydawały się zapewniać Erdoğanowi autostradę do kolejnej prezydentury, zostały przyćmione przez dwa karambole w postaci gigantycznej inflacji, nieporównywalnie większej niż ta w Polsce, oraz trzęsienia ziemi. Co ciekawe, podobnie jak w Polsce inflacja nie przeszkadzała w znaczącym wzroście gospodarczym ani w zwiększeniu eksportu, ale była, podobnie jak u nas, elementem kampanii politycznej. Obecnie wyraźnie spadła, ale nadal wynosi ponad 40 proc. Drugą zawadą na drodze Erdoğana do prezydentury było trzęsienie ziemi, które pochłonęło rekordową liczbę ofiar: śmiertelnych – 50 500, rannych – 107 204, a także kolosalną liczbę osób, które straciły dach nad głową – 2 mln 273 tys. Ta katastrofa żywiołowa spowodowała migrację wewnętrzną do innych miast Turcji aż 5 mln obywateli – trudno mówić tu o zaskoczeniu, gdy zniszczeniu uległo 301 tys. budynków...

Ostatnie dni: wóz albo przewóz

Opozycja podkreślała, że reakcja władz na ten kataklizm była spóźniona i niedostateczna. Trzęsienie dotknęło szczególnie dwie prowincje, w których znajdowała się duża liczba uchodźców z Syrii i Iraku, a gdy chodzi o Turków, byli to w olbrzymiej większości wyborcy Erdoğana. Zwykle w sytuacjach takich dramatów społeczeństwo skupia się przy władzy. Ta prawidłowość nie zafunkcjonowała, jak się wydaje, w Turcji.

Na ostatnie kilkanaście sondaży prezydent Recep Erdoğan wygrywa tylko w 1/3. W pozostałych paropunktową przewagę ma Kemal Kilicdaroglu. Wbrew jednak wcześniejszym powszechnym oczekiwaniom, że wszystko zakończy się 14 maja, nie jest wykluczone, iż żaden z kandydatów nie uzyska ponad 50 proc. głosów i wówczas odbędzie się druga tura, która rozegra się 28 maja. To przez dwóch kandydatów spoza głównego nurtu, którzy w sumie mogą zebrać 7–7,5 proc. głosów. Wszak wszystko może się jeszcze wydarzyć.

Polska ma świetne relacje z Turcją. Powinniśmy je utrzymać niezależnie od wyników wyborów prezydenckich i parlamentarnych w tym kraju.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE