Jestem pewien, że jeśliby jakiś juror z Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej mógł zobaczyć mą postać choć przez chwilę, wówczas statuetka Oscara za najlepszą rolę męską byłaby moja. Niestety, prześladujący mnie od dziecka pech uniemożliwił spektakularne zwycięstwo i pozyskanie potężnych środków finansowych, dlatego wciąż przemierzałem zatłoczone ulice w zakurzonym samochodzie, codziennie użerając się z bandą rozwydrzonych łapserdaków, jedynie dla niepoznaki nazywanych spadochroniarzami. Cóż, szyderczy los nawet tam omamił mnie możliwością pozyskania ogromniej fortuny, ale później – w ramach zdruzgotania mej wrodzonej wrażliwości – odebrał wszystko i kazał zadowolić się nagrodą pocieszenia.
Ciągnik czy kombajn? – oto jest pytanie
Nagrodą pocieszenia były dwie szklaneczki słodkiej i mocnej herbaty, ale zanim dojdziemy w niniejszej opowieści do wątku konsumpcji napoju, musimy wcześniej przebrnąć przez epizody związane z kombajnem zbożowym, traktorem, strzelaniną, reklamówką banknotów, komendą pryncypała i Żandarmerią Wojskową. Skąd na pustyni maszyny rolnicze?
Ano stąd, że mój kierowca, niewysoki i pulchny syn ziemi kieleckiej, miał po powrocie do Polski przejąć od rodziców gospodarstwo rolne i wciąż mnie pytał, czy najpierw powinien nabyć ciągnik czy kombajn. Po setnym zagajeniu o tę samą sprawę odpowiedziałem mu, aby kupił prom kosmiczny i nie zawracał mi więcej głowy agronomią. „Szczupły”, jak przekornie nazywali go koledzy, spojrzał na mnie przeciągłym wzrokiem i już wciągał powietrze, chcąc ripostować, ale coś w wyrazie mojej twarzy go powstrzymało. Zerknąłem na zegarek i powiedziałem: „Wjedź gdzieś pomiędzy domy. Mamy jeszcze godzinę do końca patrolu, więc przeczekamy w spokoju!”.
Wyszkolony żołnierz znalazł natychmiast bezpieczne i dogodne miejsce, a po chwili drugi honker zaparkował w pobliżu. Celowniczowie karabinów maszynowych zostali na ubezpieczeniu, reszta mężczyzn zaś wysiadła z pojazdów, chcąc rozprostować kości. Połączyłem się z taktycznym centrum operacyjnym (TOC – skrót od angielskiej nazwy: tactical operations center, wymowa spolszczona: TOK) i podałem swoje położenie. Oficer pełniący służbę w bazie przyjął meldunek, więc i ja opuściłem samochód, aby się nieco rozruszać. Zmiana powoli dobiegała końca, nic ważnego się nie wydarzyło, więc byłem pełen optymizmu i nadziei, że będę mógł się wyspać do woli. Przyjemne myśli zakłócił nagły dźwięk policyjnych syren, pisk opon i długa seria z karabinka, której zwieńczeniem był odgłos tłuczonego szkła. Po tym wszystkim nastała cisza.
Akcja karbalskiej policji
Cisza trwała około minuty, a później przerwały ją arabskie wrzaski dochodzące z sąsiedniej ulicy. Już wiedziałem, że policjanci generała Abbasa Fadila al-Hasaniego otworzyli do kogoś ogień. Ponieważ stróże prawa niczym nie różnili się od bandytów, postanowiłem sprawdzić, co takiego się wydarzyło. Żołnierze bez komendy zajęli swoje stanowiska i auta wolno potoczyły się w kierunku odgłosów zamieszania. Po chwili osiągnęliśmy niewielki plac, gdzie pod ceglanym murem stała czarna limuzyna z pootwieranymi drzwiami, uniesioną maską i wybitą tylną szybą. Wokół niej kręcili się uzbrojeni lokalni funkcjonariusze, a nieco dalej leżał na ziemi młody mężczyzna ze skutymi na plecach rękoma. Policyjne półciężarowe toyoty z pracującymi na dachach kogutami dopełniały pobitewnego obrazu. Szybko policzyłem, że policjantów było około tuzina, ale mieliśmy nad nimi przewagę dwóch kaemów i byliśmy lepiej wyszkoleni. Celowniczowie zaczęli uważnie obserwować swoje sektory, a ja przyglądałem się całej akcji.
Akcja nabrała tempa, kiedy policjant zaczął o coś pytać leżącego, a gdy ten milczał, wówczas otrzymał cios pięścią w tył głowy. Bicie bezbronnego oburzyło jednego z żołnierzy, który krzyknął do oprawcy: „Ty, k…wa, zostaw go, bo zara dostaniesz po ryju!”. Język Słowackiego nie był chyba Arabowi znany, ale tembr głosu spowodował, że natychmiast odstąpił od swej ofiary. Do mojego auta podszedł dowodzący oficer i, wskazując palcem na pojmanego, powiedział: „Ali Baba!”. Słówko to znaczyło łotra, jednak moje zaufanie do stróża prawa było zerowe, toteż postanowiłem sprawdzić osobiście, kim jest więzień. Zbliżyłem się do obezwładnionego i zobaczyłem młodego, nastoletniego chłopca, którego lico wydawało mi się dziwnie znajome.
Jaki tam Ali Baba!
Zza pleców dobiegł mnie głos mojego zastępcy Leszka: „Jak to jest Ali Baba, to ja jestem arabską księżniczką! Przecież ten smarkacz mieszka koło bazy. Chodź, bierzemy go, bo jeszcze mu tutaj krzywdę zrobią!”. Spojrzałem na Lecha i, faktycznie, jego płaski bokserski nos oraz niedźwiedzie łapska nie wskazywały, by pochodził z półksiężycowej arystokracji. Rozkazałem: „Lechu, pakuj misia na swoje auto, a ja będę ubezpieczał, bo chyba odbieramy zarobek panom »niebieskim«!”. Polak postawił Irakijczyka na nogi i krzyknął do dowódcy patrolu: „Klucz do kajdanek dawaj!”. Po raz drugi okazało się, że nadwiślański język jest szeroko znany na globie, gdyż oficer coś rzekł i jeden z jego subalternów uwolnił ręce jeńca. Oszołomiony dzieciak, popychany lekko przez żołnierza, niezdarnie wspiął się na tył pojazdu i po chwili wszyscy ruszyliśmy do bazy, odprowadzani nienawistnym wzrokiem śniadolicych szeryfów. Przez radiostację złożyłem meldunek o zdarzeniu i poprosiłem, aby oficer dyżurujący w TOC ściągnął jak najszybciej tłumacza.
Tłumacz, wysoki postawny Syryjczyk, porozmawiał chwilę z naszym podopiecznym i powiedział, że jest to syn lokalnego nababa, który z kilkoma kolegami włóczył się po okolicy autem otrzymanym w prezencie od ojca. Gdy policyjny patrol chciał ich zatrzymać, kierowca dodał gazu i zaczął uciekać. Pościg zakończyła seria z karabinku Kałasznikowa, rozbijając tylną szybę i wprowadzając w popłoch kierowcę wraz z pasażerami. Wszyscy zdążyli uciec, ale nasz fajtłapowaty bohater się potknął, przewrócił, został pochwycony i zakuty. W ramach „zmiękczenia” otrzymał kilka razów kułakiem, a później nadjechaliśmy my i sprawa zakończyła się w bazie. Poprosiłem, aby wyjaśnił, co policja chciała z nim zrobić, i otrzymałem odpowiedź, że najprawdopodobniej rodzice musieliby uiścić za jego uwolnienie swoisty okup. Podrapałem się po głowie, nie wiedząc, co począć dalej, ale na szczęście pojawił się mój przełożony.
Reklamówka ze studolarówkami
Przełożony otrzymał pełną informację o tym, co się wydarzyło i – o dziwo – pochwalił moje działanie oraz inicjatywę. Ośmielony zapytałem: „Panie pułkowniku, co mam z tym gościem teraz zrobić?”. Pryncypał odrzekł szyderczo: „Przewiń go, nakarm, połóż główkę na ramieniu i poklep po pleckach, żeby mu się odbiło!”. Rechot żołnierzy przysłuchujących się naszej rozmowie dotarł chyba do Szanghaju, a dowódca batalionu stał się niekwestionowanym liderem na mojej prywatnej czarnej liście. Gdy głośne śmiechy ucichły, oficer rozkazał: „Zawieź go do domu, bo jeśli ci od Abbasa znów go trafią, to dzieciak będzie miał ciepło! Działaj i późnej mi zamelduj osobiście o finale!”.
Finał przygody, dodajmy szczęśliwy, spotkał młodzieńca w domowych pieleszach. Gdy brama jego domostwa rozwarła podwoje i ukazał się w nich zatroskany ojciec, smarkaczł nerwowo opowiadać o tym, co go spotkało. Rodzic kiwał głową z niedowierzaniem, po czym twardą angielszczyzną zwrócił się do mnie i Leszka, mówiąc: „Mister, wait!”, a następnie odwrócił się na pięcie i zniknął w okazałym pałacu. Gdy wrócił po kilku minutach, dzierżył w dłoni wypchaną reklamówkę i chciał ją wręczyć memu zastępcy. Ten, nie mogąc rozpoznać w ciemnościach przedmiotu wewnątrz, skierował światło latarki na tobołek i naszym oczom ukazały się banknoty, a właściwie fura amerykańskich banknotów studolarowych. Leszek najpierw rozdziawił gębę ze zdumienia, ale już po chwili wrzasnął: „Ty, Arab, chyba coś ci się poplątało, gościu! Zabieraj ten szmal i pilnuj lepiej bachora, oszołomie, bo następnym razem możesz nie mieć tyle fartu!”. Jeszcze nabuzowany powiódł okiem po zebranych i krzyknął: „Chłopaki, jedziemy do bazy!”.
Smak słodkiej herbaty
Do bazy trafiliśmy kilka minut później. Poszedłem razem z zastępcą do dowódcy i streściłem mu spotkanie z karbalczykiem. „Stary” chwilę podumał i powiedział: „Idźcie obydwaj do naszej żandarmerii. Niech oni spiszą z tego notatkę, żeby później jakichś niedomówień nie było!”. Jak kazał, tak zrobiliśmy. Chorąży Żandarmerii Wojskowej, stary doświadczony żołnierz, który był na misjach już kilkukrotnie, nawet się specjalnie nie zdziwił. Zanotował w podręcznym kajecie naszą opowieść i podziękował za ostrożność. Po godzinie już zasypiałem w przytulnym śpiworze, wciąż rozmyślając o uratowanym dzieciaku i jego szczodrym ojcu.
Szczodrego ojca spotkaliśmy następnego dnia. Wybiegł na ulicę i zatrzymał nasz patrol, a następnie zaprosił szerokim gestem do domu. Gdy weszliśmy do środka, dech mi zaparło, bo takiego przepychu nigdy wcześniej nie widziałem. Wszędzie królowały marmury i pozłacane ornamenty, a fontanna tryskająca w salonie dopełniała bajecznej scenerii. Pojawił się służący z herbatą, którą z przyjemnością wypiliśmy. Gospodarz zabawiał nas rozmową i wciąż pokazywał swój pałac. Po dwóch kwadransach podziękowaliśmy za napój, opuściliśmy gościnne progi i wróciliśmy do swoich zajęć.
Kierowca siedział markotny, wciąż z niedowierzaniem kręcił głową i coś tam mruczał pod nosem. W końcu nie wytrzymał i powiedział: „Dowódco, ale na nowy kumbajn to by tych pinindzy starczyło, no nie?”. Parsknąłem śmiechem, a siedzący z tyłu strzelec mu odpowiedział: „Ty grubasie, weź coś pobiegaj lepiej, bo kasa ci już rozum odebrała!”. Żołnierze zaczęli się kłócić, a ja wróciłem myślami do ostatnich wydarzeń, wciąż czując w ustach smak słodkiej herbaty – takiej nagrody pocieszenia.
Howgh!