24 lutego 2022 r. to był pewnie najgorszy dzień życia przede wszystkim Ukraińców. Ale także dla tych wszystkich na świecie, którzy rozpoznawali fakty i sytuację i wiedzieli, że można było temu zapobiec. Szczęście w nieszczęściu, że potem zdarzyły się tez dobre, wręcz epokowe rzeczy związane z pomocą dla Ukrainy czy przebudzeniem Zachodu. O wojnie powiedziano już chyba wszystko, także na łamach „Codziennej”. Przy okazji rocznicy w mediach całego świata mnóstwo jest opinii i analiz na temat jej i świata, jaki się wyłania. Dlatego w tym tekście może warto poświęcić parę słów temu, co było wcześniej, zanim do tego doszło.
Od inwazji na Gruzję do Majdanu
Sądzę, że po wielu latach historycy będą bardzo krytycznie opisywali okres 2014–2022, a może nawet szerzej – okres od dojścia Putina do władzy w 1999 r. do 2022 r. Ba, przyczyn tego, co zaczęło się w 2022 r., można dopatrywać się nawet na początku lat 90., kiedy Zachód, mający jeszcze większą przewagę niż teraz, praktycznie nie reagował albo słabo reagował na rosyjskie hybrydowe agresje przeciwko Gruzji, Azerbejdżanowi, Mołdawii oraz wojnę w byłej Jugosławii i zbrodnie reżimu Slobodana Miloševicia i jego pomagierów.
Do 2008 r. można jeszcze było mieć jakieś nadzieje, że nie będzie tak źle. Ale agresja rosyjska na Gruzję (choć przerwana także dzięki stanowczej postawie prezydenta Lecha Kaczyńskiego) powinna już sprowadzić na Rosję co najmniej sankcje takie jak teraz, aż z Gruzji nie wycofa swoich wojsk. Zamiast tego Rosja dostała w prezencie reset. Ironią losu jest to, że od administracji USA, w której było wielu przedstawicieli obecnej administracji tak obecnie stanowczej wobec Rosji, z prezydentem (wówczas wiceprezydentem) USA Joe Bidenem na czele. Ten reset ze strony USA to był też prezent dla europejskich sojuszników, takich jak Niemcy i Francja, którzy chcieli rozwijać interesy i inne relacje z Rosją taką, jaka ona jest.
Jednak reset nie przyniósł Zachodowi dosłownie nic. A Rosja dalej się szykowała do kolejnych wojen i rozbudowała totalitaryzm u siebie, nieniepokojona przez nikogo. No i przyszedł rok 2013. Skorumpowany prorosyjski prezydent Ukrainy Wiktor Janukowycz odrzucił europejską perspektywę dla Ukrainy, co wywołało gniew społeczeństwa (bunt był także na tle tego, co się działo w samym kraju za rządów Janukowycza) i obrał ostateczny kurs na Rosję. Naród się zbuntował i wygnał Janukowycza, więc Rosja wprowadziła swój plan B – agresję hybrydową na Krym i Donbas. Przy okazji okazało się, że Janukowycz przez lata jako premier i prezydent demontował praktycznie armię ukraińską. Ukraina zaczęła się bronić dopiero w Donbasie, i to najpierw dzięki poświęceniu ochotników, a nie regularnego wojska, które jeszcze jakiś czas było w rozsypce.
Pierwsze sankcje: za mało i bez przekonania
Wtedy doszło do pierwszego przebudzenia administracji USA. Wprowadzono pierwsze sankcje wobec Rosji, ale przechodziły z trudem i prawdę mówiąc, w porównaniu z obecnymi wydają się niepoważne. USA (administracja Obamy, potem Trumpa) od tego czasu i tak były krajem, który najwięcej robił dla Ukrainy i bezpieczeństwa Zachodu, ale i tak to trudno porównać z obecną polityką wobec Rosji. Generalnie nie aż tak wiele się zmieniło. Putin dalej był przyjmowany na salonach, podobnie jak inni przedstawiciele reżimu kremlowskiego. Na salonach przyjmowani byli także przedstawiciele reżimu Łukaszenki. Co z tego, że rzadziej niż przed 2014 r.
Trwały oczywiście po cichu szkolenia wojska ukraińskiego przez USA i paru innych sojuszników (jak Wielka Brytania czy Kanada, być może wtedy Polska też była już w to zaangażowana), ale nie były podejmowane decyzje o przekazywaniu Ukrainie istotnych dostaw i rodzajów broni, które pomogłyby jej odstraszać Rosję. Pamiętam, ile było dyskusji, żeby parę lat temu przekazać Ukrainie partię javelinów. Dziś to standardowa broń armii ukraińskiej.
Uzbrojenie Ukrainy choćby w przybliżeniu w takim stopniu, jak jest uzbrojona przez Zachód i sojuszników Zachodu dziś, na pewno zapobiegłoby inwazji. Podobnie wcześniejsze izolowanie Rosji też by temu zapobiegło. Nawet Putin i jego ludzie zrozumieliby, że nie tędy droga. W najgorszym razie może agresję zwróciliby gdzie indziej, na przykład do Azji Środkowej, ale to też byłoby wątpliwe. Nie mówiąc już o tym, że przystąpienie Ukrainy (i Gruzji) do NATO ostatecznie i raz na zawsze zażegnałoby możliwość wojny, o czym mówił niedawno były premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson.
Przyzwolenie na rozgrywanie Zachodu przez Rosję
Zachód (wszystkie praktycznie jego kraje) przez lata przymykał też oko na rozszerzanie wpływów rosyjskich na swoim terenie i rosyjskie wojny informacyjne. Oczywiście w USA od wyborów 2016 r. zaczęło się śledztwo w sprawie rosyjskich prób wpływania na politykę, ale i tak prorosyjskie propagandowe treści i środowiska przyjmujące punkt widzenia Kremla, „pożyteczni idioci” i „pudła rezonansowe” miały się dobrze do 2022 r.
Zresztą po 2022 też ich głos jest słyszalny. W wielu innych krajach było jeszcze gorzej. Do tego stopnia, że politycy z prawa, z lewa, liberalni świadomie grali na tych prokremlowskich sympatiach i treściach, a czasem nawet wchodzili w bliskie relacje z Moskwą albo promoskiewskimi środowiskami. Tak się działo (i wciąż mimo wielu zmian do pewnego stopnia się dzieje) w Niemczech, we Francji, Włoszech, w Hiszpanii. Nawet niektóre kraje Europy Środkowej nie były na to odporne, mniej lub bardziej prorosyjscy politycy odgrywali, a nawet odgrywają istotne role w Czechach, na Słowacji, Węgrzech czy nawet w Chorwacji.
Wszystkiemu temu oczywiście towarzyszyło energetyczne uzależnianie się od Rosji, zwłaszcza ze strony Niemiec, a twarzą tego jest Angela Merkel. O tym, jak było to krótkowzroczne, zaświadczyła sytuacja po 24 lutego 2022 r., kiedy to samo uzależnienie Niemiec dodatkowo wpłynęło na znaczny wzrost cen ropy i gazu na całym świecie.
Niestety, swoje smutne trzy grosze dołożyła Stolica Apostolska i niektóre środowiska katolickie czy też szerzej chrześcijańskie, w wielu krajach. „Dialogowali” z Cerkwią Putina, przyjmowali jej przedstawicieli, brali za dobrą monetę i rozpowszechniali antyzachodnią narrację Kremla i jego Cerkwi, wierzyli w propagandę Putina, że Rosja jest ostoją wartości itd.
Na podobnej zasadzie Kreml miał ofertę dla środowisk skrajnie lewicowych, również antyzachodnią, fałszywie pacyfistyczną. Putin z jednej strony krytykuje zachodnią „cancel culture”, z drugiej Moskwa zacierała ręce, patrząc, jak na Zachodzie radykalne środowiska podważają i niszczą wszystko, co stanowi o korzeniach tego Zachodu.
Symboliczne było to, że szykująca kolejną agresję, wysyłająca swoich agentów do Europy, by dokonywali zamachów, i wprowadzająca krok po kroku totalitaryzm u siebie Rosja była jak gdyby nigdy nic gospodarzem mundialu w 2018 r. Na kartach historii ten turniej będzie wymieniany obok igrzysk w Berlinie w 1936 r.
Tę wyliczankę można by długo kontynuować. W zasadzie można o tym napisać całą książkę, zapewne niejedną. Jeszcze wiele się też pewnie dowiemy o kulisach tej naiwności (?). Nigdy więcej!
Autor jest dziennikarzem TV Biełsat.