45,68 proc. do 38,47 proc. – taka jest różnica między hegemonem na polskiej scenie politycznej, jakim staje się PiS, a zjednoczoną opozycją. Politycy PO i Nowoczesnej pocieszają się, że mimo wszystko osiągnęli niemałe poparcie, tym bardziej jeśli spojrzy się na wyniki europejskie – we Francji, w Niemczech czy na Węgrzech.
Liczby bezwzględne dla Koalicji Europejskiej
No tak, ale Koalicja Europejska składała się z pięciu partii. Zdobyła 22 mandaty, poparło ją 5,2 mln głosujących. Tyle że w porównaniu z wyborami parlamentarnymi w 2015 r. pięć ugrupowań wchodzących w skład szerokiej koalicji straciło łącznie blisko 1,5 mln wyborców. To wręcz szokująca statystyka, dobitnie wskazująca, że opozycja nie nadrabia dystansu do PiS.
Weźmy pod lupę jeszcze wynik Zjednoczonej Prawicy, który pozwolił jej na samodzielne sprawowanie władzy. Przy wyższej frekwencji w plebiscycie parlamentarnym ugrupowanie pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego uzyskało łącznie 5,7 mln głosów. 26 maja na listach prawicowej koalicji zdecydowało się postawić krzyżyk 6,1 mln obywateli. To zdecydowana poprawa, o blisko 400 tys. głosów, w porównaniu do wyborów sprzed czterech lat.
Zaznaczmy przy tym, że każda władza z czasem się wypala i po czterech latach siłą rzeczy traci poparcie. Denerwuje wyborców, własny elektorat, uderzają w nią pojedyncze afery, wreszcie każde rządzenie demoralizuje. Tu mamy coś przeciwnego – PiS powiększa zdecydowanie liczbę mandatów, poprawia stan posiadania w regionach, a w dodatku zalicza zdecydowany przypływ wyborców.
Nie udało się wywołać rewolucji w umysłach wyborców
A to nie jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. PiS popełniało oczywiste błędy w ostatnim roku, a do pojedynczych wpadek doszły strajki określonych grup społecznych – niepełnosprawnych, nauczycieli, policjantów czy rolników. Jestem przekonany, że koalicja lewicowo-liberalna nie przetrwałaby tego huraganu bez uszczerbku, nawet bez publikacji o taśmach z Sowy.
W dodatku „Gazeta Wyborcza” nie ustawała w tropieniu afer PiS, a w tle wielu publicystów wieszczyło rewolucję w umysłach wyborców i prawicowego elektoratu w związku z filmem braci Sekielskich. Jeśli taka byłaby intencja autorów, to popełnili błąd, bo nie uderzyli wprost w żadnego polityka Zjednoczonej Prawicy. Tak jak twierdziłem na łamach „Gazety Polskiej Codziennie” w maju, PiS nie zaszkodzi dokument o pedofilii w Kościele, bo nie ma w nim żadnego połączenia tuszowania przestępstw – choćby podprogowego – z politykami obozu rządzącego.
Do tego PiS zmagało się z rzeczywiście potężną bronią retoryczną, jakoby chciało wyprowadzić Polskę z Unii Europejskiej. Biczowaniem Zjednoczonej Prawicy argumentem z polexitem byli zaniepokojeni najważniejsi politycy tej formacji. Rzeczywistość przerosła jednak oczekiwania opozycji – frekwencja była rekordowa jak na polskie warunki, a mobilizacja pierwszy raz w III RP zadziałała korzystnie dla formacji prezesa Kaczyńskiego. Wyborcy tym samym nie przejęli się rzekomym wyprowadzeniem Polski z UE, skoro gremialnie postanowili wysłać do Brukseli tych, którzy rzekomo chcą oderwania od Wspólnoty. I tu tkwi poważny błąd Grzegorza Schetyny i wszystkich liderów Koalicji Europejskiej. Nawet Donald Tusk nie szermował aż tak często tym straszakiem, chociaż…
Nie ma już magii Tuska
26 maja upadło kilka mitów w polskiej polityce. Przede wszystkim ten o magii Donalda Tuska. Przewodniczący Rady Europejskiej jest jedynym politykiem na polskiej scenie, który byłby w stanie zagrozić kandydatowi Zjednoczonej Prawicy w wyborach prezydenckich. Bez rywalizacji z Tuskiem Andrzej Duda – dziś lider numer jeden w szeregach PiS w walce o prezydenturę – wygra bez problemów w pierwszej turze. Jeśli Wiosna Biedronia na jesieni przekroczy próg, jej działacze będą mogli mówić o szczęściu. Dlatego już się spekuluje, że Robert Biedroń uzyskanego mandatu w eurowyborach jednak nie odda, wbrew pierwotnym deklaracjom. Prawdomówność nie jest cnotą polityków walczących o polityczny byt.
Tusk aktywnie włączył się w kampanię, wspierał Koalicję Europejską, łajał PiS, ale gdy wszystko stało się jasne, ani nie odniósł się do rekordowej frekwencji, ani nie pogratulował zwycięzcom. Tak nie zachowuje się lider z prawdziwego zdarzenia, który pędząc na białym koniu, zbawia opozycję. To pierwszy mit, który runął w majowych wyborach do europarlamentu.
Wysoka frekwencja sprzyja prawicy
Kolejnym jest wysoka frekwencja, która działa na niekorzyść PiS. Politycy KE pocieszają się z godną podziwu naiwnością, że nie zmobilizowali swoich wyborców. Na jakiej podstawie liberalni analitycy są przekonani, że wyższa frekwencja pozwoliłaby odrobić straty koalicji? Jeśli sprawdzi się konkretne liczby w bastionach PO, nie mówiąc o Warszawie, to czy Grzegorz Schetyna wyobraża sobie w dużych miastach mobilizację na poziomie powyżej 70 proc.? Bo tylko tak można rozumieć wielkie lamenty, że to PiS bardziej zmobilizował swoich zwolenników.
Jeśli publicyści, załamani losem polskiej demokracji, spojrzą na mapki wyborcze, to dowiedzą się z nich, że to PiS ma większe pole manewru w przekonywaniu swoich zwolenników. Stawiam tezę, że nie wszyscy, którzy popierają choćby letnio partię Kaczyńskiego, udali się do urn wyborczych. W dodatku nadal, wbrew pozorom, PiS przyciąga nowych wyborców, co pokazuje zestawienie wyników z 2015 r. Dlatego to prawica ma jeszcze z czego wycisnąć poparcie w małych miastach, a nawet na obszarach wiejskich, gdzie postępuje marginalizacja PSL. Jeszcze raz powtórzę: PO uzyskała maksimum w dużych ośrodkach. Dlatego też można zaryzykować tezę i zbyt dużo na zakładzie nie stracić, że PiS maszeruje po zwycięstwo w wyborach parlamentarnych.
Ograniczone znaczenie debat
Upadł też trzeci mit – rzekomo wielkiego znaczenia debat wyborczych, w których bierze udział więcej niż dwóch polityków. Jadwiga Wiśniewska z PiS w piątkowej dyskusji z politykami opozycji wypadła słabo. Pomyliła ze zdenerwowania walutę euro ze złotym, często przerywała kontrkandydatom, nie mieściła się w czasie, a gdy otrzymała rekwizyt od Krzysztofa Bosaka, odsunęła się od stolika jak rażona piorunem. Przypominało to zaskoczenie Bronisława Komorowskiego sprzed czterech lat.
I co? Posłanka Wiśniewska w okręgu śląskim osiągnęła fantastyczny wynik – ponad 400 tys. głosów! Bosak, choć wypadł w opinii ekspertów całkiem nieźle, nie przyczynił się do sukcesu Konfederacji – radykalna prawica z Januszem Korwin-Mikkem na pokładzie nie przekroczyła progu wyborczego. Krzysztof Śmiszek z Wiosny nie uzyskał mandatu, a występ Jana Olbrychta z PO był praktycznie bez znaczenia. Debata ma jakiś wpływ na wyborców, gdy chodzi o starcie dwóch pretendentów do prezydentury.
Antykatolicyzm nie działa
Legł w gruzach także mit czwarty – jakoby czekała nas w najbliższych latach antykatolicka rewolucja, odsiew wiernych w kościelnych ławach, prymat ideologii lewicowej i antyklerykalizm. Wynik Wiosny, wbrew komicznym reakcjom Biedronia podczas wieczoru wyborczego, nie napawa optymizmem lewicowców. Największym ich sukcesem w eurowyborach są mandaty zdobyte przez byłych członków PZPR – Włodzimierza Cimoszewicza i Leszka Millera. Kto wie, czy antykatolickie happeningi w czasie marszu LGBT w Gdańsku w trakcie ciszy wyborczej oraz flekowanie PiS za pedofilię w Kościele nie przysporzyły partii rządzącej dodatkowych punktów.
Ten piorunujący wynik PiS nie byłby oczywiście możliwy, gdyby nie rekord Beaty Szydło (525 tys. głosów) i Patryka Jakiego, który startował z odległej trzeciej pozycji (257 tys.) w okręgu małopolsko-świętokrzyskim. To ogromny kapitał dla zwycięzców, blisko 800 tys. głosów! Pytanie, kto zastąpi ten duet w wyborach parlamentarnych. Chyba nikt nie przypuszczał, że nie dość, iż Jaki zdystansuje jedynkę KE, czyli Różę Thun, to jeszcze Beata Szydło zdobędzie poparcie rzędu 3,8 proc. w skali kraju!
Powyborczy festiwal wygadywania głupot
Na koniec słówko o reakcjach na brutalną rzeczywistość wyborczą ze strony przegranych. Absurd goni absurd. „Gazeta Wyborcza” na okładce oznajmiła, jakoby PiS „wygrało o włos” wybory. Jeśli tego było mało, to Jarosław Kurski w rozpaczliwym tonie zachęcał czytelników do napicia się wódki w niedzielny wieczór. Później zamilkł na blisko dobę w mediach społecznościowych i chyba zapomniał, że poniedziałek to dla zdecydowanej większości dzień roboczy.
Tymczasem festiwal wygadywanych głupot trwał w najlepsze. Joanna Scheuring-Wielgus, która nie osiągnęła rewelacyjnego wyniku, twierdziła, że jest przekonana, iż to PiS ma problem, podczas gdy Wiośnie poszło fantastycznie.
„PiS wygrało tam, gdzie nie płaci się podatków” – trzeba być odklejonym od rzeczywistości, by poważnie coś takiego sugerować. A coś takiego wymyślił Bronisław Komorowski w przypływie szczerości. 45 proc. wyborców spośród wszystkich uprawnionych do głosowania okrada skarb państwa! Halo, skarbówka?! Proszę przyjrzeć się analizom byłego prezydenta!
Robert Biedroń wpadł w euforię po ogłoszeniu wyników wyborczych, choć tak naprawdę skończy karierę szybciej od Janusza Palikota, jeśli nie dołączy do Koalicji Europejskiej.
I tylko Tomasz Lis coś przemyślał: deklaruje szacunek do wyborców PiS, zachęca do podjęcia dialogu z rządzącymi, zamiast non stop obrażać ich i zwolenników Zjednoczonej Prawicy. Wszyscy jednak wiemy, że to przedwyborcza strategia, która ma pozwolić uniknąć kolejnego nokautu. Mamy rok 2019 i nikt nie jest tak naiwny, by propozycje Lisa brać na poważnie. Jeśli jednak jego język się zmieni chociaż na chwilę, to sukces wyborczy PiS przyniesie dobry owoc.