W jednym z wydań programu „Minęła 20” (prowadzonym przez autora sąsiedniej rubryki), dedykowanemu agresji Rosji w Cieśninie Kerczeńskiej, jako tło dyskusji w studio posłużył znany od lat plakat Wojciecha Korkucia „Achtung Russia”. Na Kremlu pokazanie go tym razem (był już wszak udostępniany i widzom TVP, i odbiorcom różnych innych mediów) polskiej opinii publicznej uznano za zniewagę. MSZ FR wezwało ambasadora RP w Moskwie, putinowskie media wydały z siebie potok obelg wobec autorów programu TVP, a prokremlowski Sputnik przeniósł je na grunt polskojęzycznej przestrzeni medialnej. Do tego momentu ta historia nie mogła nikogo zdziwić. Wolność słowa, swoboda wypowiedzi to zdobycze cywilizacyjne nieznane kulturze rosyjskiej. Nigdy. Rzeczpospolita Polska jest państwem demokratycznym, niepodległym, dumnym i szanującym wolności obywatelskie. Jak zatem instytucje naszego państwa winny zareagować na pyszczenie urzędników kraju karanego przez cywilizowane wspólnoty międzynarodowe sankcjami za łamanie prawa? Prawidłowa odpowiedź jest tylko jedna – grzecznie, lecz stanowczo przekazać przedstawicielom tego postsowieckiego bandyty, że rząd RP nie ingeruje w pracę dziennikarzy, iż mają oni w Polsce pełną swobodę działania i rekomenduje Kremlowi przestrzeganie takich właśnie standardów. Okazuje się jednak, iż wydział wschodni MSZ poczuł się jak listonosz Putina i przekazał cenzorskie oczekiwania Moskwy publicznej telewizji – tak ustalił portal niezalezna.pl. Nawet więcej, uznał za stosowne i zgodne z polską racją stanu przekazanie dziennikarzom także rosyjskich gróźb. I domaga się wyjaśnień – jak pewnie nietrudno się domyślić – by wysłać je na Kreml. Co ta sytuacja – naprawdę niebywała! – mówi nam o odpowiedzialnym za politykę wschodnią ministrze Bartoszu Cichockim? Otóż ten jegomość tą haniebną i niebywałą w demokratycznym państwie akcją udowodnił nam, że polityka wschodnia jest ostatnim tematem, z którym powinien mieć jakikolwiek kontakt. Widać jak na dłoni, że jej nie rozumie (pytaniem otwartym pozostaje, czy z relacji międzynarodowych w ogóle cokolwiek rozumie), kompromituje instytucję, w której pracuje, ośmiesza rząd i nas wszystkich sprowadza do pozycji państwa przedmiotowego, które byle ambasodorzyna będzie strofował i którego dziennikarzy straszył. Swoim żenująco infantylnym działaniem wpisuje się ponadto w antyrządową propagandę, którą opozycja i sprzyjające jej media sączą na arenie międzynarodowej – że w Polsce jest władza nieszanująca wolności słowa, ograniczająca media.
Po akcji Cichockiego każdy może pomyśleć, iż coś jest na rzeczy. Tym bardziej że o sprawie pokazania plakatu „Achtung Russia” pisały media amerykańskie w sposób korzystny dla dziennikarzy, przedstawiając, iż władze FR chcą wywrzeć na nich wpływ. Jak widać, w MSZ mają bezrefleksyjnego pomocnika, który niestety uprawdopodabnia kłamliwy przekaz medialny o cenzorskich zakusach PiS.
I na koniec dwie ważne uwagi. Idę o zakład, że ukłon Bartosza Cichockiego wobec Moskwy nie dokonał się za wiedzą szefa naszej dyplomacji. Profesor Jacek Czaputowicz jest człowiekiem głęboko rozumiejącym zarówno istotę demokracji, wolności obywatelskich, jak i relacje międzynarodowe. Kompromitująca akcja podwładnego jest dla niego na pewno problemem. Po drugie, Cichocki za kilka miesięcy będzie ambasadorem RP w Kijowie. Nie mamy szczęścia do obsady tej placówki. Warto się zatem zastanowić, czy człowiek, który z taką łatwością przyjmuje od Kremla rolę kuriera, to najlepszy wybór na te trudne czasy.