„Władza na razie nieśmiało testuje szykany wobec krytyków. Operacja »obywatelu, morda w kubeł« nabierze tempa po wyborach, jeśli PiS je wygra” – ostrzegała kilka dni temu „Gazeta Wyborcza”. Choć ten fragment brzmi złowieszczo, to jednak należy zauważyć pewien postęp. Jeszcze niedawno pismo Michnika grzmiało, iż w naszym kraju szaleje dyktatura. A jeśli nawet nie dyktatura, to przynajmniej autorytaryzm. Teraz dostrzega zaledwie nieśmiałe szykany. Szykanami mają być pozwy, które Jarosław Kaczyński skierował do sądu przeciwko trzem posłom PO. Przypomnijmy zatem – bo być może ta wiedza umknęła mędrcom z Czerskiej – że ich ukochana konstytucja stanowi, iż każdy obywatel RP ma takie same prawa. Zatem jeśli obywatel uzna, że ktokolwiek naruszył jego dobre imię, to może zwrócić się do sądu z wnioskiem o zbadanie sprawy i ewentualne ukaranie winnego. Właśnie tak uczynił prezes PiS. Jego działanie to nie szykany, lecz obowiązujące w Polsce prawo. Ale jeśli publicyści biorą owe trzy pozwy za represje, to jakim określeniem opiszą trwające przez całe lata nękanie pozwami stosowane przez ich wydawcę i ich naczelnego? Na Czerskiej powstała świecka tradycja stawiania przed sąd każdego, kto śmiał mieć krytyczną ocenę aktywności Michnika lub kierowanego przez niego dziennika. I rzeczywiście – w tym wypadku – trudno nie odnieść wrażenia, iż celem było zniszczenie krytyków i zastraszenie innych niepokornych, którzy chcieliby w przyszłości rościć sobie prawo do swobodnego wypowiadania opinii na temat byłego polityka i redaktora naczelnego „GW”. Tak bowiem on i jego środowisko wyobrażali sobie i wyobrażają nadal demokrację w Polsce: wolność jest wówczas, gdy oni bezkarnie szczują, pomawiają i manipulują, a dyktatura – gdy ich działania są nazywane przez innych po imieniu, czyli są poddawane krytyce prasowej. W tym momencie dotykamy istoty III RP – jednej z największych jej patologii – ograniczenia wolności słowa. Przypominam, iż ostatni najazd służb specjalnych na redakcję ogólnopolskiego czasopisma był w Polsce zaledwie 5 lat temu. Przez całe lata postkomunistyczne media nie tworzyły informacji czy publicystyki, lecz kordon bezpieczeństwa wokół dogadanej z nimi władzy. Dziennikarze nieuczestniczący w tym procederze czy otwarcie piętnujący te medialne firmy ochroniarskie, przewrotnie nazywane redakcjami, nie mieli szansy nie tylko na pracę w publicznych mediach, ale nawet na wygłoszenie w nich swoich opinii. Gdyby Polska pod rządami PiS była państwem takim, jak opisuje ją „Wyborcza”, to po publikacji nagrań pewnego obywatela Austrii Kurskiemu czy innemu Czuchnowskiemu komputery z rąk wyrywaliby agenci ABW. Tak jak to było w czasach rządów Schetyny i Kosiniaka-Kamysza. Jak widać, czasy się zmieniły. Zamiast służb przychodzi czasami listonosz i przynosi pozew. Admiratorom honoru Jaruzelskiego i Kiszczaka podpowiem – to się nazywa demokracja.
Medialne firmy ochroniarskie
Przez całe lata postkomunistyczne media nie tworzyły informacji czy publicystyki, lecz kordon bezpieczeństwa wokół dogadanej z nimi władzy.