Największą w tym roku we Francji konferencję międzynarodową musiano przenieść ze stolicy w jej okolice i praktycznie zamknąć miasteczko, w którym się odbywała. Chodziło o względy bezpieczeństwa. Efektem tej swoistej wojny domowej, która ma miejsce we francuskich aglomeracjach i na ich przedmieściach, nie jest tylko skrócenie obecności prezydenta Macrona na szycie UE, odwołanie jego wizyty w Niemczech, a także przeniesienie w ostatniej chwili owej prestiżowej konferencji. Przede wszystkim ucierpiał wizerunek Francji w Europie i na świecie jako państwa, które nie jest w stanie kontrolować niemałej części swojego terytorium. Można rzec, że dzisiaj Paryż płaci rachunek za swoje liczne kolonie. To jednak nie tłumaczy wszystkiego: winna jest też fatalna polityka imigracyjna i Francji, i UE, a także bezgraniczna tolerancja wobec chuliganów, którzy, choć już urodzili się we Francji, to nie mają poczucia więzi z tym krajem, palą francuskie flagi i niszczą kraj, którego nie uważają za własny.