Za zmianami po stronie opozycyjnej trudno nadążyć. Porozumienie Gowina było z Agrounią Kołodziejczaka, ale romans nie trwał długo. Hołownia oświadczył się Kosiniakowi-Kamyszowi, został przyjęty, ogłoszono datę zaręczyn i ślubu, wicemarszałek Sejmu z PSL-u coś tam bajdurzył o połączeniu świnek czyli PSL(!) z kurkami (Polska 2050), po czym narzeczeni wysłali do siebie przez media „czarną polewkę”, co w staropolskim obyczaju oznacza danie drugiej stronie kosza. Zanim jeszcze unieważniono akt narzeczeński, Hołownia z Kobosko naszczekali na PSL, który zresztą już od kilku tygodni, choćby w kuluarach spotkań w mediach z udziałem wszystkich sił politycznych wzdychał i wznosił oczy do nieba, mową ciała pokazując, że nie ma mowy, żeby pójść na jednej liście z tymi finansowymi chudopachołkami Szymona bez pieniędzy i bez struktur. Część posłów i struktur formacji Hołowni nie akceptowała zawarcia przez 2050 sojuszu z PSL. Jeszcze większa część nie chce, aby PSL szedł z Kołodziejczakiem.
Ja już za nimi nie nadążam – a nadążać trzeba. Zapewne skończy się to tak, że sieroty po równie ognistym, co krótkotrwałym, romansie pana Władysława i pana Szymona zasilą w swej większości listy PO czyli KO – skądinąd to „KO” brzmi jak metafora, bo w boksie ten skrót oznacza… przegraną przed czasem. Ludowcy pójdą jako osobna partia, dobierając sobie paru polityków na listy wyborcze, będzie im łatwiej przekroczyć próg 5 proc. niż w koalicji 8 proc., a przede wszystkim – i o to tu chodzi, bo „kasa, misiu, kasa” – to na ich konto trafi państwowa kasa po elekcji (jeśli, oczywiście, tym razem jednak rozliczą dokumenty finansowe).
Rządząca formacja ma różnice zdań. Ba, były one wyrażane publicznie, nieraz spektakularnie. A jednak idziemy razem. Opozycję jednoczy tak zwany „antyPiS”, ale nie na tyle, żeby pójść na jednej liście. A przypomnę, że wyborcy w Polsce, podobnie jak pod każdą szerokością geograficzną, dają politykom bonus za jedność...