Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Katarzyna Gójska,
05.08.2018 20:58

Królestwo hipokryzji

„Wolne sądy” są jedną z najbardziej bezczelnych ściem postkomuny. Do uwiarygodnienia tej akcji użyto wiele środków – od manipulacji medialnych po twarze celebrytów.

III RP wyrosła na zakłamaniu. Porozumienie było de facto podziałem łupów, rezygnacja z rozliczenia oznaczała wybielenie zbrodni, reforma mająca wyzwolić polską gospodarkę z pęt komunizmu okazała się niewyobrażalną wręcz kradzieżą. Wszystko, co się w naszym kraju udało, zadziało się wbrew rządzącym elitom. Wbrew wszystkim Magdalenkom, usankcjonowanym układom, propagandzie postkomunistycznych mediów. O! Właśnie media – miały budować podstawy obywatelskiego państwa, a stały na straży postkomunistycznego porządku. Proszę zobaczyć, iż nawet przywracanie prawdy o naszej najnowszej historii przez znakomitą większość III RP odbywało się siłami społecznymi, a nie państwa. Niekiedy wręcz wbrew działaniom instytucji publicznych, które otwarcie stawały po stronie peerelowskiego kłamstwa. W wywiadzie dla TVP Jarosław Kaczyński powiedział o arcyważnej kwestii – bez reformy sądownictwa, bez likwidacji jego „nadzwyczajnej kastowości”, nie jest możliwy dynamiczny rozwój Rzeczypospolitej. Można śmiało powiedzieć, iż cała historia III RP potwierdza te słowa. Sądy stały na straży najgłębszych patologii państwa wynikających wprost z uzgodnień z komunistami. Gwarantowały trwanie stref wpływów, które wówczas zostały wytyczone. To oczywiście nie oznacza, że wszyscy sędziowie wydający wyroki byli elementami tego działania – jednak droga do awansu na najważniejsze stanowiska w wymiarze sprawiedliwości była uzależniona od stopnia gotowości świadczenia usług postkomunie. To dlatego drogę kariery zawodowej szeroko otwarto dla ludzi po uszy uwikłanych w komunę czy też poprzez rodzinne koligacje gwarantujących odpowiednią linię orzeczniczą w sprawach priorytetowych dla postkomunistycznego świata – mówiąc wprost: gwarantujących mu bezkarność. Przykład kapitana sędziego Iwulskiego jest symboliczny. Obrona sądowego status quo jest wielopiętrową manipulacją. Ukazywana jest jako walka o niezależność SN czy TK. Tymczasem na czele obrońców stoją ludzie, którzy z wolnością mieli tyle wspólnego, że ją zwalczali (patrz Mazguła, Dukaczewski i inne indywidua mówiące wprost o pracy w bezpiece), a adresatami pomocy są funkcjonariusze wymiaru sprawiedliwości, latami noszący w kieszeni legitymacje partii komunistycznej, której rządy oparte były WYŁĄCZNIE na terrorze, fałszowaniu wyborów i cenzurze. To są te „wolne sądy”. Tak niezawisłe, jak PRL była niepodległa. Ale to przecież nie wszystko – na szczytach dzisiejszego sądownictwa są nie tylko tacy, którzy za dowcip czy ulotkę potrafili skazać na dwa czy trzy lata więzienia, lecz także tacy, którzy pełnili rolę doradców „grupy przestępczej o charakterze zbrojnym”, czyli np. Jaruzelskiego czy Kiszczaka. Opisywaliśmy ich na łamach „Gazety Polskiej” nie raz. „Wolne sądy” są jedną z najbardziej bezczelnych ściem postkomuny. Do uwiarygodnienia tej akcji użyto wiele środków – od manipulacji medialnych po twarze celebrytów. I choć zapewne nie została ona jeszcze zakończona, to już dziś można powiedzieć z przekonaniem, że nie zadziałała. A to oznacza, że przez ostatnie lata – w mojej opinii od 10 kwietnia 2010 r. – udało się skutecznie naruszyć system III RP. Potrzeba tylko determinacji, by kruszyć go nadal.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane