Podobnemu wynaturzeniu uległo, i to może najsmutniejszy z tych przykładów, bo źródłowo najpiękniejszy, pojęcie „charytatywność”. Zastanówmy się, z czego ono wypływa. Ze świadomości, że jesteśmy wspólnotą, że każdy z nas jest jej częścią oraz dzięki niej żyje – a więc ma wobec niej obowiązki, również wobec tych, którzy są najsłabszą jej częścią. Ta świadomość wspólnoty losu implikuje też, że wiemy, iż kiedyś to nam może się powinąć noga, a wtedy będziemy potrzebowali pomocy. Tymczasem w III RP to pojęcie okazało się mechanizmem podziału. Rozbijania dokładnie tego, co stoi za ideą charytatywności, czyli pozbawionego osądzania poczucia wspólnoty. Zamiast tego?
Pogarda, złość, akt pomocy sprowadzony do poczucia bycia „lepszym”, „dokopywania” tym, których się nienawidzi. Cóż, jedno jest pewne – każdy, kto „pomagając”, szerzy hejt, dzieli i atakuje, niszczy wszystko, co w charytatywności najważniejsze.