Walki w Karbali trwały od kilkunastu dni, więc każdy z żołnierzy II zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku przywykł do sytuacji. Wiedziałem, że powinienem wypocząć, gdyż kolejna taka okazja może się szybko nie potworzyć, jednak uparte powieki nie chciały się zamknąć. Pewnie długotrwały stres dawał mi się we znaki i przepędzał Morfeusza. Postanowiłem udać się do stołówki i już zacząłem przywdziewać mundur, gdy raptownie otworzyły się drzwi pomieszczenia i stanął w nich mój zastępca Leszek.
Gwintowany obiekt pożądania
Przybyły otaksował mnie wzrokiem i zagaił: „Szykujesz się na żerowanie?”. Jako człek kulturalny i z obyciem towarzyskim odparłem: „Nie! Udaję się na koncert do filharmonii, tylko lokaj gdzieś zapodział mój cylinder i monokl!”. Lechu zarżał radośnie i wypalił: „Musimy pogadać, bo sprawa jest ważna!”. Z zainteresowaniem spojrzałem na chłopa i kiwnąłem zachęcająco głową, więc on kontynuował: „Gadałem z Arnim. Grubas wypaplał, że w kontenerze ma nówkę SWD-M z PCO! Schował taką fujarkę, rozumiesz? Dawaj, najedziemy go i wyrwiemy tę flintę!”. Oczy mi się zaświeciły, i niewiele myśląc, wydałem komendę: „Leon, nacieramy!”. Tak niewinnie rozpoczęła się afera z karabinem wyborowym.
Karabin wyborowy SWD-M (SWD – ros. snajperskaja wintowka Dragunowa, M – modernizacja polska) był bronią skuteczną. Duży zasięg, mocny nabój i niezła celność czyniły go obiektem pożądanym podczas typowych walk w mieście. Daleko mu było do sprzętu używanego przez snajperów, ale dla naszych potrzeb wystarczał aż nadto. Idąc szybkim krokiem do kontenera magazynowego z uzbrojeniem, przypominałem sobie sposoby mocowania celownika LD-6x42, wyrobu z Przemysłowego Centrum Optyki, zwanego zwyczajowo – od nazwy wykonawcy – „peceo”.
Argument, któremu uległ Arni
Gdy dotarliśmy na miejsce, Leszek bezceremonialnie rozwarł wrota stalowego pudła i zawołał: „Arnold, przybieżaj! Gości masz!”. Spomiędzy regałów wynurzył się mityczny Arni, plutonowy o niezwykle korpulentnej sylwetce, kompan mojego zastępcy od żłopania piwska w krakowskich knajpach. Jego nadwaga była obiektem powszechnych kpin i ktoś szyderczo nazwał go Arnoldem Schwarzeneggerem, stąd taki sposób przywołania wymienionego.
Podoficer dostrzegł mnie i zagaił: „Dzień dobry! Jak tam zdrówko u pana?”. Chcąc wykorzystać element zaskoczenia, bez ogródek zażądałem: „Arni, dawaj »eswuda« i optykę do niego! Chyżo, bo muszę się jeszcze przespać!”. Nienawistny wzrok napadniętego spoczął na Leszku, ale ten był niewzruszony i dobił ofiarę, mówiąc: „Albo dajesz fuzję po dobroci, albo nie dostaniesz więcej samochodu do przewozu twojego złomu, a wtedy nosisz wszystko sam na plecach. Wybieraj!”. Szantażowany ściągnął z półki nowiuśki egzemplarz broni i pudełko z celownikiem. Bezceremonialnie zabrałem podane elementy, odwróciłem się na pięcie i podążyłem do siebie, rozmyślając, jak ów nabytek przystrzelać.
Zaimprowizowana strzelnica
Przystrzelanie było konieczne, albowiem, aby celnie trafiać, fabrycznie nowy egzemplarz wymagał zgrania lunety z karabinem. Późnym popołudniem, gdy oficer pełniący służbę w TOC (TOC – ang. tactical operations center, spolszczona wymowa: „tok”), rozkazał mi sprawdzić jakieś ruchy w jednym z kwartałów miasta, natychmiast opuściłem Camp Juliet, wioząc na skrzyni honkera zdobyczne SWD-M z zamocowanym „peceo” i kartonowe pudło po wodzie mineralnej z zaznaczonym czarnym kółkiem na środku jednej ze ścian. Po złożeniu meldunku do „toku”, że nic ważnego w rejonie sprawdzenia nie zauważyłem, pomknęliśmy w kilka samochodów na wysypisko śmieci, aby przysposobić karabin do użytkowania.
Było to jedyne bezpieczne miejsce do przeprowadzenia takiej czynności, bo składowisko odpadów znajdowało się w rozległym i głębokim dole, więc mieliśmy pewność, że jakaś zabłąkana kula nie zrobi nikomu krzywdy. Ponieważ najbiedniejsza część karbalczyków mieszkała właśnie tam, toteż w celu odciągnięcia dzieci zabraliśmy ze sobą kilka kartonów słodkich napojów i mnóstwo różnych łakoci. Po przybyciu na miejsce kazałem rozstawić ubezpieczenie, a Leszek odciągnął w ustronny zakątek okoliczną dziatwę, nęcąc ją słodyczami. Umieściłem prowizoryczną tarczę pod wysokim nasypem, odmierzyłem samochodowym licznikiem dystans 100 m, zająłem wybrane stanowisko i oddałem pierwszy strzał.
Radiotelefonista przerywa zabawę
Strzał był celny prawie punktowo. Pomyślałem z uznaniem o specach z Wojskowego Instytutu Technicznego Uzbrojenia, którzy tak wycyzelowali broń, że praktycznie z marszu nadawała się do użycia. Lekko wyregulowałem celownik, strzeliłem ponownie i tym razem pocisk wszedł już w środek znacznika. Sukces zachęcił mnie do dalszej zabawy, więc zwiększyłem odległość do celu dwukrotnie i znów trafiłem centralnie. Dumny z siebie strzelałem jeszcze kilka razy i zawsze było idealnie. Lechu nie wytrzymał na swoim miejscu, postawił jakiegoś kaprala w roli dystrybutora słodkości i przybył biegiem do mnie, krzycząc: „Dawaj! Tera ja!”. Oddaliśmy kilkadziesiąt strzałów, kłócąc się zawzięcie, kto ma lepsze oko, aż w końcu podszedł do mnie radiotelefonista i rzekł: „Dowódco, stoimy w dole poniżej gruntu już kilkanaście minut i fale nie mają zasięgu. Może czas kończyć i jechać stąd?”. Z wdzięcznością spojrzałem na mądrego żołnierza i rozkazałem: „Do pojazdów! Ruszamy!”. Wojsko uwinęło się błyskawicznie i chwilę później wyjechaliśmy na powierzchnię. Wówczas, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odżyła moja radiostacja.
Radiostacja RRC-9200 wydobyła z głośnika zabarwiony metalicznie głos oficera TOC: „»Kojot«! Tu »360«! Podaj swoje położenie! Odbiór!”. Chwyciłem słuchawkę i nadałem: „»360«! Tu »Kojot«! Jestem w rejonie wysypiska!”. Urządzenie znów przemówiło: „»Kojot«! Pilny zjazd do nory!”. Odparłem: „Wykonuję!”. Po chwili, już bez przestrzegania przepisów korespondencji radiowej, major pełniący służbę przemówił szyderczo: „»Kojot«, masz, ku*wa, ciepło. »500« szuka cię od ponad kwadransa. Po przybyciu idź do niego!”. Kryptonim „500” należał do dowódcy batalionu, więc silnie się wystraszyłem, bo czułem, że czeka mnie ciężka przeprawa ze „Starym”.
Najlepszy strzelec
„Stary” dopadł mnie natychmiast, gdy tylko stanąłem przed kontenerem sztabowym i bez zbędnych ceregieli wydarł się: „Gdzie ty, ku*wa, się włóczysz?! Od wieków cię szukam, a ciebie nie ma!”. Nieśmiało bąknąłem: „Panie pułkowniku, ja tylko »eswuda« szykowałem!”. Pryncypał wrzasnął: „Jutro zajmie się tobą prokurator! Koniec samowoli!”. Zapytałem zaskoczony: „Za co?”. „Za kobyle caco!”, padło w odpowiedzi, ścigane przez: „Precz mi z oczu!”. Już chciałem umknąć, gdy oficer zapytał: „Jak w strefie?”. „Spokojnie, bez aktywności przeciwnika”, odrzekłem. Kolejne pytanie brzmiało: „A SWD?”. „Przystrzelane!”, szepnąłem. Podpułkownik, uśmiechając się, spokojnie już przemówił: „Jutro pojadę z tobą na wysypisko i sprawdzę broń. Z tym prokuratorem, to tak mi się tylko palnęło, ale chyba nie sądzisz, że strzelasz lepiej ode mnie, co?”.
Odszedłem beztrosko, wiedząc, że dalszych konsekwencji nie będzie, bura zaś słusznie mi się należała, ale nawet jej nie żałowałem, bo niezwykłą frajdą było przystrzelać karabin wyborowy.
Howgh!
Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.