Gdy widzi się lęk części europejskich polityków (zachodnich i środkowoeuropejskich także), trudno nie przypominać sobie września 1939 roku. Historia niczego nas nie uczy. W imię fałszywego realizmu wracamy do błędów wielokrotnie już popełnionych i szczycimy się przenikliwością. Gdy przychodzi prawdziwe zagrożenie, nic nie znaczą też hasła, na których budowaliśmy pewien polityczny porządek. Nasze „nigdy więcej” wywożenia ludzi z ich ziem, bombardowania szpitali, mordowania kobiet i dzieci, agresywnych wojen – jest mniej warte niż ceny benzyny i gazu, niż bezpieczeństwo ekonomiczne, niż zaryzykowanie czegokolwiek. Jesteśmy oczywiście przeciw mordowaniu i gwałceniu kobiet, równaniu z ziemią całych miast, ale jeśli sprzeciwianie się temu ma nas w jakikolwiek sposób zaboleć, jeśli nasi obywatele mają zapłacić więcej za ogrzewanie czy benzynę, to niechaj płonie Ukraina. Miłosz pisał o tym w przejmujący sposób. „W pogodny wieczór wiosenny, / Przy dźwiękach skocznej muzyki, / Salwy za murem getta / Głuszyła skoczna melodia / I wzlatywały pary / Wysoko w pogodne niebo”. Jeśli musimy wycofać się z naszego dyplomatycznego pustosłowia, naszych czerwonych linii, naszych win-win – to niech giną ludzie. Jesteśmy zjednoczeni w oburzeniu, słusznym, ale jak widać ani ono, ani nawet nasze sankcje nie są skuteczne. I wiedząc, że pewne decyzje będą kosztowne dla naszych obywateli, wolimy ze spokojem spoglądać na krwawiącą Ukrainę. Tam realizowany jest scenariusz zrównania państwa z ziemią i eksterminacji narodu. A Europa patrzy, oburza się, ale czeka, żeby przypadkiem nie stracić biznesów, nie podnieść cen ogrzewania, nie narazić się psychopacie. Putin im przecież, jak niegdyś Hitler, nie zagraża. A on patrzy i wyciąga wnioski.
Gaz ważniejszy niż życie
Oglądając obrazy z Mariupola czy Charkowa, trudno uciec od porównań z Warszawą. Gdy słyszy się o wywożeniu obywateli w głąb Rosji, trudno nie myśleć o deportacjach Polaków w głąb Związku Sowieckiego.