Pokazał to ostatni szczyt grupy. Ta nieformalna struktura 20 teoretycznie najbogatszych i najbardziej rozwiniętych krajów świata już od dawna jest oskarżana o specyficzny dobór uczestników. Dla G20 nie są istotne kryteria dotyczące demokracji i praw człowieka – o tym wiedzieliśmy. Nawet jednak – wydawałoby się – obiektywne miary ekonomiczne, które miały być podstawą do zakwalifikowania do niej, stosowane są, delikatnie mówiąc, selektywnie. Z naszym wzrostem gospodarczym i innymi wskaźnikami ekonomicznymi powinniśmy być w G20, ale nie jesteśmy. Ostatnie spotkanie liderów „dwudziestki” pokazało, że w sprawach fundamentalnych grupa całkiem się rozjeżdża. Co innego reprezentują USA i państwa Zachodu, a zupełnie co innego Indie, które przecież są strategicznym sojusznikiem Waszyngtonu w Azji. Zamiast konkluzji najpotężniejszych państw świata obejrzeliśmy targowisko próżności, medialne ustawki, brak woli, aby starać się wypracować konsensus, wreszcie jakikolwiek brak pomysłu co do przyszłości. G20 na naszych oczach przekracza granice braku powagi i śmieszności.
G20 na zakręcie
Macron mówił, że „NATO jest w agonii”. Tymczasem ma się całkiem nieźle, znacznie lepiej niż kilka lat temu. Za to wyraźnie w kryzysie jest G20.