Gdy podczas rady gabinetowej swe wystąpienia wygłosili prezydent i premier, internet już wydał werdykt. Zwolennicy prezydenta cieszyli się ze znakomitej formy, która pozwoliła zbić premiera Tuska z pantałyku. Energiczny prezydent przejechał się po premierze jak walec siłą argumentów i niekorzystnych dla Donalda Tuska i jego ludzi tematów. W tym samym czasie ministrowie i działacze partyjni bombardowali już media przygotowanymi jak się zdaje wcześniej wpisami, mówiącymi o tym, że rząd robi, zamiast tylko gadać. Gdy już dziennikarze – symetryści ogłosili remis, pomyślałem sobie, że Karol Nawrocki znalazł, jak się zdaje, sposób na to, by kontynuować starcia w formule, jaka dotąd była dla niego szczęśliwa i przyniosła mu wygraną. Otwarta część rady gabinetowej w pewnym stopniu była właśnie jak debata, jak debata była też relacjonowana i komentowana przez kolejne godziny. Kryzys finansów państwa, CPK, a także umowa z państwami Mercosur, a w tle podskórne spory kompetencyjne dwóch pałaców - to wszystko sprawy bardzo nośne. Nawrocki, konfrontujący rządowa propagandę sukcesu z liczbami potwierdza wizerunek, jaki zdobył w elektoracie i robi to, czego elektorat oczekuje. Rządzący, powtarzając propagandowe zaklinanie rzeczywistości (a może należałoby napisać „zaklinanie opinii publicznej”) w takich tematach jak CPK czy wskaźniki gospodarcze jest natychmiast konfrontowany z danymi w mediach społecznościowych. Kłamstwo ma krótkie nogi. Choć media nie wskazały na zwycięzcę, bardzo wiele mówi nam późniejsze zachowanie ministrów i rządu, zwołana na szybko tłoczna konferencja prasowa i żenujące złośliwości z oficjalnego profilu Ministerstwa Spraw Zagranicznych rzucane pod adresem prezydenta przed wizytą w USA. Wreszcie pocieszanie się, że Donald Tusk został dobrze przyjęty w Mołdawii, gdzie w obchodach narodowego święta uczestniczył jeszcze tego samego dnia. Ciekawe, czy będąc w Kiszyniowie zwiedził tamtejszą ulicę Lecha Kaczyńskiego?
Debata gabinetowa
W ostatniej kampanii prezydenckiej dużo większą rolę niż zwykle odegrały debaty kandydatów. Zauważyły to stacje telewizyjne i inne media, próbując organizować własne starcia pretendentów, a później również komentatorzy i socjologowie. W momencie, gdy debata publiczna została zmieniona w jazgotliwą mieszankę szukania haków i moralnych szantaży, rozmowy między politykami stały się nagle bardziej interesujące. Widzieliśmy ich w boju, ale też w ambitniejszych niż codzienna kopanina retorycznych pojedynkach. Debaty w Końskich zmieniły dynamikę całej kampanii, ale i wszystkie inne potyczki wniosły do niej sporo. I te w formule obecności wszystkich, i te przewidujące udział jedynie dwójki kandydatów. Wybory się jednak skończyły, a formuła jak się zdaje miała zostać odłożona na półkę do następnych.