Ta historia rozpoczęła się 29 lipca 1924 r. w Rawiczu. Do mieszkania Stanisława Drożdżyńskiego zapukała mieszkanka Kobylina Maria Koralewska. Podała się za wysłanniczkę adwentystów. Zaproponowała, by kupił od niej książeczki oraz broszury.
Pan Drożdżyński, jak napisano w ówczesnej lokalnej gazecie, „słusznie uważając, że zapatrywania tej sekty są szkodliwe dla Państwa Polskiego i wiary katolickiej, zażądał, by pokazała mu pozwolenie na handel domokrążny”. Nie miała go, dlatego stwierdził, że ma iść z nim na posterunek policji. Funkcjonariusze nie mieli jednak zarządzenia zakazującego propagowania podobnych wydawnictw, dlatego kobiety nie zatrzymali.
Wówczas, jak napisano w gazecie, „krewcy obywatele postanowili nie dopuścić do rozpowszechniania się zarazy i spalić księgi na stosie pośrodku rynku”. Jak widać, panu Drożdżyńskiemu pomagali inni mieszkańcy Rawicza. Ostatecznie książek nie spalono, ale skonfiskowano je pani Koralewskiej. Wtedy ona złożyła na nich doniesienie na policję. Rozprawa odbyła się przed Sądem Grodzkim w Rawiczu. Stanęli przed nim: Stanisław Drożdżyński, Jan Jeziorny, Helena Jeziorna oraz pan o nazwisku Strugała. Oskarżono ich o napad rabunkowy i paserstwo. Oskarżeni tłumaczyli, że uważali za swój obowiązek „nie dopuścić do zgubnej agitacji, a przecież jasnem jest, że swej korzyści na widoku nie mieli”. Sędzia zgodził się z tymi argumentami i wszystkich uznał za niewinnych.
Obawa o moralne zachowanie nauczycieli
W grudniu 1932 r. ulicami Gostynia przemieszczał się ksiądz, niosąc Najświętszy Sakrament do chorego. Akurat ulicą przechodził miejscowy nauczyciel Czesław Kościelny. Nie uznał on za stosowne przyklęknąć czy choćby zdjąć kapelusz. Oburzyło to świadka tego wydarzenia, dyrektora miejscowego banku Romana Surę. Był on zarazem członkiem Rady Szkolnej. O wszystkim zawiadomił inspektora szkolnego. Pan Kościelny poczuł się tym faktem oburzony i wytoczył dyrektorowi banku proces.
Odbył się on 17 maja 1933 r. w Sądzie Powiatowym w Gostyniu. Przesłuchani świadkowie zgodnie zeznawali, że na widok księdza w tamten grudniowy dzień wszyscy przyklękali, a jedynie Czesław Kościelny spokojnie szedł. W tej sytuacji sędzia uwolnił od winy oskarżonego, czyli Romana Surę. W obszernym wyjaśnieniu tłumaczył, że Sura jako członek Rady Szkolnej czuł się w obowiązku moralnym sprawę tę przedstawić inspektorowi szkolnemu. Jak stwierdził: „nie z powodu chęci szkodzenia Kościelnemu, lecz w obawie o moralne zachowanie się nauczycieli jako czynnika wychowawczego”. Przy czym sędzia podkreślił, że nauczycielowi zostało udowodnione, że „nie oddał czci przed Najświętszym Sakramentem”.
Takie orzeczenie nie powinno dziwić, wówczas powszechnie uważano, że obowiązkiem katolika jest obrona wiary. Przy czym wyrok, który usłyszał nauczyciel, był symboliczny i przede wszystkim moralny. Musiał jedynie zapłacić koszty postępowania procesowego, które na pewno nie należały do zbyt dużych. Krótko mówiąc, miał się wstydzić swojego zachowania.
Heretycka „biblia” i reakcja wójta
Teraz wieś Dłużyna pod Włoszakowicami w Wielkopolsce. Mieszkała tam Marianna Langwińska, do której w 1936 r. wprowadził się Ludwik Obiegała. Mężczyzna wiele lat spędził, pracując w kopalni we Francji. Niestety skończyło się to dla niego inwalidztwem i skromną francuską rentą. Po jakimś czasie w okolicy rozeszły się wieści, że posiada książkę, którą określa jako biblię. Wypisano w niej m.in., że Jezus Chrystus miał rodzeństwo, że do piekła trafiamy, gdy nasze ciała wkładane są do grobu itp. Obiegała rozpowiadał to wszystkim naokoło. Nie chodził do kościoła, a co więcej, namówił do tego też Mariannę Langwińską i jej syna.
W efekcie oboje zostali wezwani przez Józefa Stróżyka, wójta gminy Włoszakowice, na przesłuchanie. Dawni włodarze gmin posiadali niektóre uprawnia policyjne, w tym możliwość wzywania mieszkańców na przesłuchania. Te odbyły się 9 lutego 1938 r. Obiegała miał wówczas 54 lata. Mówił, że mieszkał u Marianny Langwińskiej jako sublokator za darmo, nie musiał jej nic płacić za pokój. Przyznał, że posiadał, jak to określił, „biblię”. Nie wiedział jednak, kto ją wydał ani w jakim nakładzie. Cztery miesiące wcześniej miał ją przynieść jakiś nieznany mężczyzna z Leszna. Obiegała twierdził, że czytają ją z Langwińską, a jeśli ktoś do nich przychodził, to cytowali fragmenty także gościom. Deklarował, że nikogo przy tym nie werbował ani nie przekonywał do zawartych tam treści. Jeśli chodzi o mieszkanie w domu Marianny Langwińskiej, powiedział: „Oświadczam, że jako sublokator nie mam nic wspólnego z Langwińską ani nie łączą mnie z nią jakiekolwiek stosunki. Tym samem nie dopuszczam się żadnych wybryków niemoralnych, gdyż Pismo Święte zakazuje uprawiania takich czynów”.
Potem przesłuchana została pani Marianna, 46-latka. Wdowa z dwunastoletnim synem, wcześniej niekarana. Potwierdziła ona, że Obiegała jest u niej sublokatorem i nie łączą ich żadne stosunki. Dalej mówiła o wspólnym czytaniu „biblii”, czytaniu jej gościom. Deklarowała jednak, że nikogo nie namawiała, by w to wierzył. Potwierdziła, że zakazała swojemu synowi chodzić do kościoła, ponieważ ona też do niego nie chodzi.
Wójt działał szybko, albowiem jeszcze tego samego dnia przeprowadził dwa inne przesłuchania. Też mieszkańców Dłużyny. Byli to: 60-letni Melchior Nyczka oraz 72-letni Paweł Błaszkowski. Pierwszy z nich na temat wzajemnych relacji oskarżonych mówił: „Obiegała tak dalece buntował Langwińską, która była wzorową matką i katoliczką, że ostatnio zakazała dwunastoletniemu synowi uczęszczać do kościoła na nabożeństwo. Przyciągają do swego mieszkania ludzi słabych i łatwowiernych. Oboje bardzo przyczyniają się do rozpowszechniania wśród ludności wiejskiej zamętu i niepokoju, odnosząc nawet tam i ówdzie swoje sukcesy”.
To wójtowi wystarczyło. Protokoły przesłuchań przesłał do komendanta lokalnego posterunku Policji Państwowej w celu dalszego prowadzenia dochodzenia oraz przygotowania aktu oskarżenia w myśl artykułów Kodeksu karnego o obrazie uczuć religijnych.
Za profanację kościoła
Zajrzyjmy teraz do Lublina. Na początku czerwca 1937 r. przed Sądem Okręgowym w Lublinie stanął mężczyzna, który wszedł do kościoła Kapucynów i zapalił papierosa. Oburzeni wierni zatrzymali go i odprowadzili na policję. Podczas rozprawy próbował to bagatelizować, powtarzając, że wiał mocny wiatr i nie był w stanie odpalić ognia na zewnątrz. Tak zresztą zapewne było. Ów pan nie był jakimś komunistą, lewakiem, wrogiem Kościoła. Choć w ówczesnej gazecie tego nie napisano, wydaje się, że był to po prostu zwykły pijaczyna, któremu chciało się palić, i nawet nie pomyślał, gdzie wchodzi. Sąd jednak nie uznał tego za okoliczność łagodzącą. Skazał go na osiem miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności oraz poniesienie kosztów sądowych.
Z pewną zazdrością można rzec: jakie czasy, takie przeciw wierze wykroczenia i takie skandale religijne.