Obozowi Bidena trudno zaatakować Scotta, bo obala on stereotyp konserwatywnego polityka: białego, bogatego i wychowanego w rodzinie, która od pokoleń ma wysoki status majątkowy. Jest też o 22 lata młodszy od Joego Bidena. Obecnego, 46. prezydenta USA atakuje bardzo ostro i zdobywa przez to popularność wśród szeregowych członków opozycyjnej Partii Republikańskiej – a przecież to oni wskażą kandydata prawicy do Białego Domu.
Trudny cel dla demokratów
Scott oskarża Bidena o to, że lekceważy „swój obowiązek ochrony życia Amerykanów”. Podnosi też kwestie kryzysu systemu zdrowia publicznego w USA. Atakuje Chiny i kartele narkotykowe – a Amerykanom podoba się taka strategia. Wiele osób przyklaskuje jego zdroworozsądkowym, jak się wydaje, pomysłom w sprawie ekologii i polityki klimatycznej, gdy ten mówi: „Od zakazu używania kuchenek gazowych po blokowanie ważnych rurociągów – polityka energetyczna skrajnej lewicy jest całkowicie nierealistyczna. Amerykanie wiedzą, że rozwiązanie w zakresie przystępnej cenowo energii jest proste – zatrzymać radykalną agendę klimatyczną i rozpocząć uwalnianie krajowych dostaw energii”.
Timothy E. Scott sprytnie wbija Amerykanom do głowy, że w Waszyngtonie rządzi „skrajna lewica”. Przykleja również – co ma swoje uzasadnienie – J.R. Bidena do wszelkich problemów: „Inflacja ma niszczący wpływ na każdego Amerykanina. Nie ma znaczenia, czy jesteś demokratą, czy republikaninem, jasne jest, że polityka prezydenta Bidena zawodzi nasz kraj”.
Nie można odmówić mu doświadczenia. Od dziesięciu lat jest w amerykańskim Senacie, a wcześniej przez dwa lata był w Izbie Reprezentantów, czyli amerykańskim sejmie. Przez dwanaście lat nie miał żadnej poważnej wpadki, a mediom trudno się do niego przyczepić, pomijając ostry język, który jednak w debacie publicznej w tym kraju jest normą.
Ucieleśnienie „american dream”
Na jego rzecz, na co nie zwracają zwykle uwagi politolodzy i eksperci, gra to, że wielu przeciętnych Amerykanów interesujących się sportem wie, że tak samo jak on nazywa się znany zawodnik futbolu amerykańskiego najnowszego pokolenia, a także czołowy amerykański bejsbolista poprzedniej generacji. Popularne nazwisko to plus.
Timothy Eugene Scott to w pewnym sensie ucieleśnienie „american dream”: chłopak z maleńkiego mieszkanka, wychowywany przez samotną matkę, kończy niezły stanowy uniwersytet Charleston Southern University, zostaje biznesmenem, po czym mając 46 lat, z przytupem wchodzi do polityki na szczeblu federalnym USA i utrzymuje się w niej przez 12 lat, co przy częstych wyborach i dużych rotacjach w amerykańskiej polityce jest sporą sztuką. Senator kandydat Scott jest jedynym, mówiąc językiem politycznej poprawności, afroamerykańskim republikaninem w Senacie. Przełamuje stereotypy.
Z jego życiorysem zdecydowanie bardziej pasowałby do Partii Demokratycznej. Choć akurat, paradoksalnie, nie miałby u demokratów – ze względu na Bidena – szans na nominację do Białego Domu. A czy ma poważne szanse u republikanów? Proces wytoczony Johnowi Donaldowi Trumpowi przez obecną ekipę jest polityczny i przekłada się nieoczekiwanie na wzrost popularności eksprezydenta nie tylko wśród republikanów, ale wśród ogółu amerykańskich wyborców. Na krótszą metę będzie więc Scottowi trudniej. W długiej perspektywie republikańscy wyborcy mogą jednak uznać, że Scott niemający tak dużego negatywnego elektoratu jak poprzednik Bidena w Białym Domu może mieć większe szanse na wygraną z urzędującym prezydentem, który w przyszłym roku obchodzić będzie swoje 81. urodziny.
Bardziej antyrosyjski niż Biden i DeSantis
A co my, Polacy, na zgłoszoną przed trzema tygodniami kandydaturę polityka ze stanu uchodzącego za przedmurze konserwatyzmu? Stanu, w którym jego poprzednikiem był jeden z liderów prawicy republikańskiej Jim DeMint, ideolog i autor książek o odrodzeniu amerykańskiego patriotyzmu? Nie możemy i nie powinniśmy ingerować w wybory u naszego sojusznika (jak zresztą gdziekolwiek). Mamy jednak prawo oceniać poglądy kandydatów na prezydenta największego mocarstwa świata, gdy chodzi o politykę zagraniczną. W tej zaś kwestii senator Timothy Scott po prostu musi budzić naszą sympatię.
Inaczej bowiem niż jego dwóch największych rywali – Donald Trump i gubernator Florydy Ron DeSantis – przedstawiciel Karoliny Południowej w Senacie USA jednoznacznie popiera zaangażowanie Ameryki w wojnę w Europie Wschodniej i wsparcie dla Kijowa. W tej kwestii różni się od 45. prezydenta USA i DeSantisa – nadziei prawicy Partii Republikańskiej. Tamci wprost opowiadają się za zmniejszeniem amerykańskiego zaangażowania dla Ukrainy. Na tym tle Scott jest o wiele bliższy polskiej racji stanu.
Mogę lubić Trumpa za dobrą dla Rzeczypospolitej politykę w okresie jego prezydentury i mogę się nawet z nim solidaryzować, gdy od lat jest tarczą strzelniczą dla amerykańskiej i europejskiej lewicy. Mogę mieć uzasadnioną sympatię do DeSantisa, skutecznego polityka z zasadami, który może nam wszystkim imponować tym, że „robi swoje” i kompletnie nie przejmuje się liberalno-lewicowymi mediami, które brutalnie atakują go za jego jednoznaczne wypowiedzi w kwestii ochrony życia i innych konserwatywnych pryncypiów. Jednak to właśnie Timothy Eugene Scott wydaje się nam najbliższy – może obok byłego gubernatora stanu New Jersey Chrisa Christie’ego – gdy chodzi o politykę wobec Rosji. A to jednak jest dzisiaj najważniejsze.
Niektórzy podkreślają wyborczą skuteczność Scotta i jego miażdżące zwycięstwa w rodzimym stanie (dwa razy uzyskał po 61 proc. głosów, a jego demokratyczni kontrkandydaci, najpierw Joyce Dickerson, a potem Thomas Dickson, po 37 proc.). Chociaż w Karolinie Południowej wygrałby pewnie nawet taki kandydat republikanów, który w kampanii nie powiedziałby ani słowa.
Scott jest dobrym mówcą i dobrze wypada w telewizji, a to zwiększa jego szanse. Podobnie jak wrodzona swada, z którą regularnie punktuje Bidena: „Przy cenach gazu rosnących o prawie 50 proc. radykalny program klimatyczny skrajnej lewicy zaszkodzi Amerykanom, których najmniej na to stać. Prawdziwe rozwiązania zaczynają się od wykorzystania obfitych zasobów naturalnych Ameryki i uwolnienia przystępnej cenowo energii”.
Czy Scott może zostać 47. prezydentem USA? Może fotel wiceprezydenta to dla niego bardzo atrakcyjny plan B? Cóż, poczekamy, zobaczymy...