Jednak to, co wywinął w przypadku Marcina W., przejdzie do historii medycyny, jej rozdziału: skrajne przypadki „rozszczepienia jaźni”. Gdy „Newsweek” opublikował informację, że afera taśmowa została nakręcona przez PiS i rosyjskie służby, a jedynym dowodem były twierdzenia Marcina W., Tusk potraktował to jako absolutnie najważniejszą informację dekady. Chwilę później ujawniono protokoły zeznań w prokuraturze tego samego Marcina W., który twierdził, że wręczył Michałowi Tuskowi dla szeroko pojętego środowiska jego ojca 600 tys. euro, wtedy okazuje się, że Marcin W., jest kompletnie niewiarygodny. Swoją drogą to, co Marcin W. mówi „Newsweekowi”, a to co, mówił w prokuraturze, to dwie różne kategorie wagowe, bo za fałszywe zeznania grozi mu odpowiedzialność karna. Niemniej Tusk, tak jak widzi dwóch Berlusconich i dwóch Putinów, tak widzi dwóch Marcinów W. Ciekawe, jak długo jego elektorat będzie chciał żyć w takim rozkroku.