Péter Magyar wyciąga do Donalda Tuska pomocną dłoń, choć to nie dobre relacje z Polską będą jego priorytetem. Dziś jednak chętnie przyjmuje porównania do polskiego premiera, zapowiada rychłą podróż do Warszawy, a zapewne postara się też o rozgrzanie atmosfery politycznej nad Wisłą poprzez próby oddania w ręce ludzi Żurka i Kierwińskiego polskich uchodźców politycznych. I być może przez jakiś czas działania te będą odnosiły skutek, tym bardziej że sytuacją nad Dunajem polskie media żyć będą jeszcze kilka dni, niezależnie od ich barw politycznych. Tyle że aby realnie pomóc Donaldowi Tuskowi w jego największych, wciąż lekceważonych przez samego zainteresowanego problemach, Magyar musiałby udostępnić Polakom całą węgierską służbę zdrowia na preferencyjnych warunkach. Żarty żartami, choć o palących kwestiach związanych z dostępem do szpitali żyje od kilku dni cała Polska.
Cofnięcie w rozwoju ochrony zdrowia
Niedawno głośno było o spotkaniu wiceministra zdrowia Wiesława Szczepańskiego z Lewicy, który wprost namawiał swoich kolegów polityków, by w razie kłopotów kontaktowali się z nim jako osobą odpowiedzialną za szpital MSWiA w Warszawie. Choć Szczepański próbował nadać swoim słowom inny sens, zostały one odebrane powszechnie jako obietnica załatwienia leczenia w prestiżowej placówce po znajomości, na specjalnych zasadach. Trudno, by nie budziło to oburzenia, gdy coraz częściej słyszymy o odmowie przyjmowania pacjentów, likwidacji szpitalnych oddziałów, a ostatnio też o zmianach zasad refundacji badań, które według wielu ekspertów cofają nas o 10 lat w lecznictwie.
Od 1 kwietnia badania diagnostyczne wykonywane powyżej kontraktowych limitów (od lat niewystarczających i niemożliwych do przewidzenia) są refundowane bowiem jedynie na poziomie 50–60 proc. Powoduje to, że szpitale przesuwają wielu pacjentom umówione już terminy. Nawet sprzyjające władzy media pełne są dramatycznych doniesień od ludzi, którzy boją się już nie tyle o swoje zdrowie, ile życie.
„Do nowego terminu nie doczekam, ja umrę. NFZ zabiera pieniądze, pacjenci pod ścianą” – alarmuje Onet. Sytuacja jest jednak nie tylko groźna, ale też absurdalna. Oto bowiem ten sam NFZ, który pozbawił szpitale finansowania badań, wysyła do nich pisma z żądaniami wyjaśnień, dlaczego są one odwoływane. Równocześnie Ministerstwo Zdrowia zaczęło publikować komunikaty, w których pochylało się nad… potencjalną szkodliwością badań dla pacjentów. Przypomnimy, że jeszcze trzy lata temu poprzedni rząd organizował szeroko zakrojone programy badań dla poszczególnych, znajdujących się w stanie podwyższonego ryzyka rozmaitych zachorowań, grup społecznych.
Przyspiesza likwidacja porodówek
Narastającym problemem wizerunkowym dla władzy staje się likwidacja porodówek. Zjawisko to zaczęło się wcześniej jako konsekwencja i przyczyna ciągłego spadku liczby narodzin w Polsce. Za rządów KO zjawisko to jednak przyspieszyło i przybrało postać systemową. Również 1 kwietnia, który okazuje się wyjątkowo feralną datą dla polskiego pacjenta, ogłoszono likwidację bardzo cenionego oddziału położniczego w Brzezinach. Ponieważ placówka ta cieszyła się znakomitą opinią, jej pracownicy uznali nagły komunikat za zwykły żart – niestety szybko zostali wyprowadzeni z błędu.
O likwidacji kolejnych oddziałów szpitalnych, nie tylko porodówek, bardzo dużo mówiło się od końca zeszłego roku, gdy, jak to często jesienią, kończyły się zakontraktowane pieniądze. Niemal każdego dnia można było znaleźć informację o wstrzymywaniu przyjęć pacjentów, jednak mało kto łączył te lokalne na ogół wiadomości w druzgocącą dla propagandy „dwudziestej gospodarki świata” całość. Po kilku miesiącach, gdy wykonano część badań i zabiegów przesuniętych na rok 2026, znajdujemy się w punkcie wyjścia.
Dla pełnego obrazu wspomnijmy, że od 1 kwietnia wzrosły też ceny niektórych leków, częściowo refundowanych przez państwo. Prawo i Sprawiedliwość złożyło w zeszłym tygodniu wniosek o wotum nieufności dla minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy. PiS prawdopodobnie nie wygra z sejmową arytmetyką, szkoda jednak, że przegrają też pacjenci. Polityka minister nie wygląda bowiem na pasmo chaotycznych działań i nieszczęśliwych przypadków, lecz raczej chłodną kalkulację, obliczoną na wywołanie niechęci do państwowej służby zdrowia na tyle, by dokonać jej prywatyzacji.
Ochrona zdrowia dla KO
Ta opowieść, mająca potencjał wywołania społecznego oburzenia, zaczyna jeszcze mocniej uderzać w obóz władzy. Mowa o kolejnych skandalach z udziałem polityków Koalicji Obywatelskiej, którzy w swoim stylu, aroganckim do granic możliwości, wykorzystują instytucje państwowej opieki zdrowotnej niczym swój prywatny folwark. Najbardziej rozwojowa i zarazem kłopotliwa wydaje się sprawa senatora Tomasza Lenza, który nie widzi niczego niestosownego w tym, że przywiózł z pominięciem stosownych procedur syna karetką do szpitala, gdzie następnie, z pominięciem osób czekających na pomoc i ściągnąwszy wbrew przepisom anestezjologa z dyżuru, przeprowadzono u chłopca zabieg związany z wrastającym paznokciem. Do obrony senatora partia wydelegowała Tomasza Grodzkiego, który powtarzał kłamstwa na temat pustego SOR w czasie zabiegu syna polityka KO.
Sam Lenz jedynie pogarsza własne położenie, kreując siebie i syna na ofiary hejtu, jak i przedstawiając niewiadomego pochodzenia dokumentację medyczną. Senator zagroził, że podejmie kroki prawne wobec dyrektora szpitala, który potwierdził, że doszło do afery i nadużycia prawa. Gdy sprawa Lenza na dobre rozgrzała sporą część opinii publicznej, kryzys pogłębiły doniesienia o wszczęciu przez prokuraturę postępowania w sprawie nieuprawnionego przewozu karetką, kierowaną przez nieuprawnionego do tego działacza KO i dyrektora ds. organizacyjnych szpitala w Knurowie. Chodziło o pomoc matce byłej minister edukacji, posłanki Krystyny Szumilas.
Skupiłem się na pokazaniu spraw z jednej tylko dziedziny życia. Oprócz niej mamy kolejne skandale dotyczące mecenasa Romana Giertycha, jego powiązań z Rosją i wielkimi pieniędzmi. Dostrzegamy kompromitację Ministerstwa Rolnictwa w sprawie niezłożonej, choć zapowiadanej skargi, dotyczącej umowy Mercosur. Mamy wreszcie potężny blamaż dotyczący niekonstytucyjnego przyjęcia ślubowania sędziów TK, które okazuje się nieważne również z powodów niedopełnienia wielu procedur i obowiązków. I jest afera kłodzka – wciąż żywa, narastająca. Każdy z tych wątków jest tykającą bombą zegarową dla koalicji Donalda Tuska, pokazem jej bezsilności i niezorganizowania. W takiej sytuacji na pewno przyjemniej jest myśleć o sukcesie Pétera Magyara na Węgrzech i przekierować tor dyskusji na „Warszawę w Budapeszcie”.