Nawet jeśli przesunąć ten termin na „jeden dzień po exposé” – to i tak szansy na to nie ma. Wielu nad Wisłą i Odrą ulega mitowi, że jak w Polsce będzie posłuszny wobec Berlina czy Brukseli rząd, to pieniądze spłyną z unijnego nieba niczym biblijna manna. Oczywiście, euromainstream cieszy się z objęcia władzy w Polsce przez euroentuzjastów, ale to nie oznacza, że nasi bliżsi i dalsi sąsiedzi przestaną się bać gospodarczej konkurencyjności, jakże przedsiębiorczego, potrafiącego dostosować się do różnych warunków narodu polskiego. Sygnalizacja świetlna UE wobec Polski zmieni się ze światła czerwonego raczej na pomarańczowe, a nie na zielone, bo dla najważniejszych państw Europy Zachodniej idealny jest „powrót do przeszłości”: przyjazdy tysięcy Polaków na zbiory szparagów nad Renem. To, co na pewno się zmieni, to fakt, że teraz rząd w Polsce będzie chwalony, premier poklepywany i obsypywany kolejnymi wyróżnieniami przez media, fundacje i uczelnie. To Brukseli nic nie kosztuje.
Bruksela otwiera szampana
Otwiera się bardzo interesujący rozdział relacji Polska–Unia Europejska. Zobowiązania przedwyborcze, jakie złożył Donald Tusk, będą więcej niż trudne do spełnienia. Pieniądze z UE miały być „dzień po wyborach”.