Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard  Czarnecki
11.12.2023 20:00

Bliski Wschód: geopolityka w cieniu bomb

Dosłownie w odstępie szesnastu minut pojawiły się w mediach dwie informacje. Pierwsza to wypowiedź rzecznika Rady Bezpieczeństwa Narodowego Johna Kirby’ego, który – podkreślając pat między Białym Domem a Kongresem w kwestii budżetu – stwierdził, że USA „nie są w stanie obiecać Ukrainie, że pomoc USA będzie kontynuowana”. Na pocieszenie dodał, że prezydent J. R. Biden jest gotowy do kompromisu z republikańską opozycją, aby przełamać impas wokół pakietu wsparcia dla Ukrainy. Po kilkunastu minutach media informowały, że Izrael po raz pierwszy od napaści Hamasu podjął decyzję o otworzeniu przejścia Kerem Szalom na granicy ze Strefą Gazy. „Times of Israel” stwierdził, że właśnie tam sprawdzane byłyby ciężarówki z pomocą humanitarną.

Czy te informacje można ze sobą powiązać? Można i trzeba. Amerykańskie powiedzenie, że „nie ma darmowych lunchów”, sprawdza się także w polityce zagranicznej. Wokół pomocy dla Kijowa nastąpił pat, który prawdopodobnie może się pogłębiać, niezależnie od negocjacji w Kongresie, ponieważ w przyszłym miesiącu na dobre ruszają prawybory prezydenckie u demokratów i republikanów. To z kolei nie będzie sprzyjało realizacji obietnic wsparcia dla Kijowa.  

Pomoc USA dla Izraela nie jest bezwarunkowa

W tej sprawie większość republikanów różni się z większością demokratów. Biden nie może sobie pozwolić, aby ta sprawa stała się przedmiotem kampanijnego sporu, bo może na tym tylko stracić. Jest bowiem niemała grupa obywateli USA, która chce albo wycofania się z zaangażowania ich kraju w naszym regionie Europy, albo przynajmniej znaczącego ograniczenia pomocy militarnej i gospodarczej. Ekipa Bidena nie może dopuścić do sytuacji, żeby te głosy w całości skoncentrowały się na kandydacie republikanów, ktokolwiek by nim był. 

Jednocześnie to, co dzieli sporą część wyborców amerykańskiej prawicy od dużej części elektoratu demokratów – lewicy, czyli sprawa zaangażowania się po stronie Ukrainy, zupełnie nie przenosi się na kwestie relacji amerykańsko-izraelskich. Pod tym względem republikanie i demokraci są absolutnie zjednoczeni i obie partie wręcz licytują się deklaracjami poparcia na rzecz Tel Awiwu. Ta pomoc dla Izraela jest tym bardziej oczywista, że za Hamasem stoi, jak się powszechnie uważa, Iran. Jednak ta amerykańska pomoc nie jest bezwarunkowa, zarówno gdy chodzi o Ukrainę, jak i o Izrael. Moi rozmówcy w Jerozolimie i Tel-Awiwie nie stwierdzili tego wprost, ale dawali to jasno do zrozumienia. Stąd zapewne „poluzowanie”, jeśli chodzi o możliwość pomocy humanitarnej dla Strefy Gazy.

Izraelska wyspa na oceanie islamu

W Izraelu spędziłem trzy doby. Byłem członkiem oficjalnej delegacji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów, naszej grupy politycznej w europarlamencie. W skład delegacji oprócz Polaków wchodzili Szwedzi i Niemcy. Odwiedziliśmy Tel-Awiw, Jerozolimę, byliśmy też na granicy ze Strefą Gazy. Rozmowy z przedstawicielami rządu (dwóch ministrów) oraz jednoizbowego parlamentu izraelskiego – Knesetu (trzy spotkania z posłami partii premiera Beniamina Netanjahu – Likud) na pewno poszerzyły naszą wiedzę o sytuacji państwa, które jest żydowską wyspą na otaczającym ją arabskim oceanie. Procesy demograficzne, a więc wysoki przyrost demograficzny, stoją bardziej po stronie świata arabskiego niż Izraela. Jednak Tel-Awiw prowadzi bardzo racjonalną i skuteczną politykę repatriacyjną, ściągając do ojczyzny Żydów z kilku kontynentów. Nie wszyscy z nich dobrze integrują się z izraelskim społeczeństwem, choćby Żydzi rosyjscy, którzy z jednej strony zakładają własne partie polityczne, są ministrami, jak ich legendarny lider Natan Szczarański, ale część w ogóle nie chce się asymilować, nie uczy się języka i rozmawia cały czas po rosyjsku.

Izrael ma świetnie wyposażoną armię, wspieraną najnowszymi zdobyczami technologicznymi – w tym izraelskiego przemysłu zbrojeniowego, bardzo uznawanego w świecie. Ma też permanentne wsparcie Stanów Zjednoczonych, co wcale jednak nie oznacza, że wszystkie polityczne czy militarne pomysły izraelskiego rządu są automatycznie realizowane przez Waszyngton. Ma też legendarny wywiad, który wszak chyba jednak zawiódł, przeoczając przygotowania do ataku Hamasu. Po raz pierwszy bowiem od pół wieku, a konkretnie od wojny Jom Kippur (znanej też jako „wojna ramadanowa” albo „wojna październikowa”), terytorium Izraela zostało najechane przez obce wojsko. W 1973 r. były to połączone armie Syrii i Egiptu, teraz Hamasu, zaopatrywanego w broń, a także szkolonego, jak słyszymy od naszych izraelskich rozmówców, przez Iran.

Minister ds. służb specjalnych Gila Gamliel, która przyjeżdża na nasze spotkanie prosto z głosowania nad budżetem w Knesecie, dwukrotnie komplementowała politykę imigracyjną Polski. Takich pochwał nawet nie oczekują nasi koledzy z Niemiec i Szwecji, bo przecież ich państwa są przykładami antypolityki migracyjnej. Ministrowi ds. służb towarzyszył emerytowany generał izraelskiego wywiadu wojskowego Yossi (Josef) Koperwasser. On z kolei podkreślił, że w zasadzie nikt w elitach ich państwa – politycznych czy militarnych – nie chciał słuchać ostrzeżeń przed możliwym atakiem islamskich terrorystów. Kuperwasser i późniejsi nasi rozmówcy podnosili, że działo się to dlatego, że mentalność świata szeroko rozumianego Zachodu, do którego zaliczają Izrael, jest kompletnie inna niż świata islamu. 

W ciągu tych około 70 godzin spędzonych w Izraelu nieraz słyszałem, że władze, a także izraelskie społeczeństwo uważały, że oferowanie pracy Palestyńczykom i zapewnienie przynajmniej części z nich stabilności finansowej odciągnie ich od muzułmańskiego radykalizmu. Ta teza okazała się życzeniowa i nieprawdziwa.

Gdzie dwóch się bije, tam Rosja korzysta

Poseł Likudu Dan Illouz towarzyszył nam w czasie wizyty w kibucu Kfar Aza, graniczącym ze Strefą Gazy. Oprowadzała nas jedna z wielu kobiet żołnierzy, która świetnym angielskim opowiadała o zniszczeniach dokonanych przez Hamas i ofiarach śmiertelnych wśród izraelskich cywilów. Coraz częściej i bliżej słyszeliśmy odgłosy bomb i rakiet, aż w końcu całkiem bardzo blisko serie z karabinów maszynowych. Widzieliśmy też pióropusze czarnego dymu nad Strefą Gazy. Słychać było w górze wojskowe helikoptery. Wojna z bliska wygląda zupełnie inaczej niż ta widziana w telewizji czy w filmach sensacyjnych. Przede wszystkim jest jakże realna. Miałem poczucie deja vu. W błękitnym hełmie, niczym żołnierze sił ONZ i w ciężkiej kamizelce kuloodpornej, w której po kilku godzinach myśli się mniej o niebezpieczeństwie, a bardziej o tym, żeby ją wreszcie zdjąć, przypominam sobie, jak też w hełmie i ciężkiej kuloodpornej kamizelce oglądałem znacznie bardziej niż Kfar Aza zniszczoną Buczę i Irpień. Jednak to tu doświadczyłem wojny wciąż trwającej – a nie tam, w centralnej Ukrainie.

Nie jestem optymistą. Wojna na Bliskim Wschodzie potrwa długo, nawet jeśli obie strony godzić się będą na krótsze czy dłuższe zawieszenia broni. Nie wierzę specjalnie w trwały pokój między dwoma narodami, które stolicę chcą widzieć w tym samym mieście. Argument naszych gospodarzy, że Jerozolima jest stolicą Żydów od trzech tysięcy lat, nie będzie zaakceptowany przez Palestyńczyków ani świat arabski. A z tej obecnej wojny cieszy się Moskwa, bo światowa opinia publiczna interesuje się coraz bardziej tym, co dzieje się w Izraelu, a coraz mniej tym, co na Ukrainie.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej

NAJNOWSZE