Po zwycięskich wyborach jednak perspektywa się zmienia. To widać również w obozie antypisu. Nie minęły trzy tygodnie i oczekiwania wobec Tuska spadły. Bart Staszewski już nie krzyczy o małżeństwach homoseksualnych z dwójką dzieci, ale w zupełności mu wystarcza, aby powołać nić współpracy. Aktywiści od zielonych, którzy jeszcze niedawno krzyczeli o tym, jak będą zamykać Lasy Państwowe oraz ogniem i mieczem wprowadzać Zielony Ład, teraz piszą listy, aby na stanowisko ministra środowiska nie powoływać myśliwego. 276 organizacji społecznych płaszczy się przed Donaldem Tuskiem. Z pozycji petenta. To zresztą zabawne, bo z pewnością część organizacji to fikcja.
Sam sygnowałem to pismo, tworząc lipne Stowarzyszenie Paśnik. Z listy wyrzucili mnie dopiero wtedy, gdy pochwaliłem się na portalu „X” swoim niezbyt mądrym pomysłem.
Nie wiem jednak, po co ktoś miałby słuchać apelu tych NGO-sów? Bo co zrobią tacy aktywiści? Oburzą się? Finalnie nie są oni nawet w stanie zmienić własnych preferencji wyborczych. Politycy mogą więc desygnować na ministra środowiska wyciągniętego z dołu kopalni górnika, który jest myśliwym i ma tatuaż z hasłem: „Czyńcie sobie ziemię poddaną”, a i tak mogą liczyć na głos wszystkich 276 organizacji. Nic nie zmieni chęć pójścia im na rękę. Przywrócenie spokoju i szukanie rozsądku może im za to pomóc pozyskać głosy konserwatywnych leśników i myśliwych, którym – delikatnie mówiąc – rządy PiS-u życia nie ułatwiały. Choćby dlatego, że ludzie ci stali się politycznym problemem, stale obecnym na pierwszej linii i na łamach gazet oraz portali. Zostawienie tych dwóch grup w spokoju będzie dla nich dużą wartością. Wydaje się więc, że dziś w wielu obszarach władza bardziej myśli o tym, jak niczego nie zrobić, niż o rewolucji. Może to i dobrze. To będzie powrót do polityki bez idei, gdzie miesza się, aby w mętnej wodzie robić duże interesy.