Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Katarzyna Gójska,
30.08.2020 19:16

Bagatelizowanie represji będzie usprawiedliwiało przemoc

W kontekście dramatycznych wydarzeń na Białorusi powraca pytanie o obowiązki Rzeczypospolitej wobec naszych rodaków mieszkających poza granicami ojczyzny, szczególnie tych będących obywatelami państw za naszą wschodnią granicą.

Naszym bezdyskusyjnym obowiązkiem jest stanie na straży bezpieczeństwa i poszanowania praw Polaków rozsianych po świecie. Jeśli dzieje im się krzywda, są prześladowani, ograniczani lub wykluczani, mamy obowiązek działać i wykorzystywać wszystkie dostępne narzędzia dyplomatyczne, by ich wspierać. Co jednak ze wzmacnianiem – choćby finansowym – tych organizacji polskich, których aktywność stoi w jawnej sprzeczności z interesem RP lub interesem innych grup naszych rodaków mieszkających poza macierzą? Czy budżet naszego państwa winien łożyć na ich działalność? Nie mam na myśli sytuacji ocierających się o cenzurę lub wprost nią będących.

Niedopuszczalne byłoby blokowanie finansowania na przykład po krytyce władz RP. Chodzi o kwestie dotykające bezpośrednio choćby bezpieczeństwa Rzeczypospolitej czy bezpieczeństwa grup naszych rodaków. I żeby nie być gołosłownym. Na Litwie działa Akcja Wyborcza Polaków, od kilku lat będąca w sojuszu w rosyjską mniejszością demonstrującą otwarcie poparcie dla polityki Kremla. Gdy w Warszawie trwał szczyt NATO, na którym zabiegano o obecność wojsk Sojuszu na naszym terytorium i realną obronę flanki wschodniej, koalicjanci AWPL wydawali broszury uderzające w te nasze strategiczne cele, udowadniając – niczym za starą sowiecką propagandą – że NATO to agresor, a poligony trzeba zamienić na pola, bo wojsko niesie śmierć, a z zebranych plonów wykarmi się głodujących. Nikt w Polsce nie pokusił się o sprawdzenie źródeł finansowania druku tej antypolskiej propagandy, ale nie jest wykluczone, że gdyby prześledzono wnikliwie ścieżki, którymi powędrowały dotacje z budżetu RP, to mogłoby się okazać, iż dziwnym trafem zasiliły te proputinowskie publikacje – oczywiście bez wiedzy i zgody udzielających wsparcie.

Lider Akcji kilkanaście tygodni temu jako europoseł głosował wraz z większością PE za odezwą wzywającą nasz kraj do nieodbywania wyborów prezydenckich. Kiedyś szydził z inicjatyw śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego ratujących Gruzję przed inwazją rosyjską, usprawiedliwiał atak na Ukrainę. Dziś z kolei – dosłownie kilka dni temu – udzielił wsparcia Łukaszence, który otwarcie atakuje Polskę, a co ważniejsze, od kilkunastu lat prześladuje naszych rodaków. Waldemarowi Tomaszewskiemu najwyraźniej nie przeszkadzał fakt, iż niemal w tej samej chwili, w której przekazywał mińskiemu satrapie ciepłe słowa, milicja i OMON tłukły działaczy Związku Polaków na Białorusi, wybijając im zęby i znęcając się w każdy inny sposób. W czyim interesie była ta wypowiedź Tomaszewskiego? Poprawiała sytuację Polaków na Białorusi czy na Litwie? Czy może raczej realizowała kierunek polityczny koalicjantów AWPL, czyli proputinowskiej partii działającej na Litwie?

W podobnym tonie co europoseł Tomaszewski wypowiedziała się na łamach portalu dorzeczy.pl jego współpracownica Renata Cytacka. Jej opinia ukazała się już po demonstracji części polskich środowisk w Wilnie, które po wyskoku lidera AWPL postanowiły wyrazić poparcie dla walczących o wolność obywateli Białorusi, tym samym pokazując, że głos w obronie fałszowania wyborów i ograniczania wolności nie jest jedynym, który płynie z polskich środowisk na Litwie. Ale mimo wszystko Cytacka podważała zasadność nazywania Łukaszenki dyktatorem i bagatelizowała represje, które od ponad półtorej dekady spadają na Polaków na Białorusi. 

Trudno od lat nie odnieść wrażenia, że polityka Akcji Wyborczej Polaków na Litwie od bardzo dawna jest nieskuteczna – jeśli chodzi o gwarancje praw polskiej mniejszości w tym kraju – ale także sprzeczna z kluczowymi interesami RP. Bo przecież organizacja Tomaszewskiego współrządziła na Litwie i być może warto zapytać o jej sukcesy w umacnianiu praw naszych rodaków w tym kraju. Czy nie jest przypadkiem tak, iż podsycanie konfliktu polsko-litewskiego (w wielu aspektach realnego, ale jednak w dłuższej perspektywie rozwiązywalnego) nie stało się żerowiskiem, na którym europoseł i jego najbliżsi współpracownicy budują swe polityczne kariery? Oczywiście mogą iść i taką drogą, tylko czy budżet RP winien finansować ich aktywność realizowaną przez podpięte pod ten układ rozmaite organizacje? Moim zdaniem absolutnie nie. Tym bardziej że na Litwie nie brakuje sprawnych, ideowych i niezbrukanych współpracą z proputinowską partią działaczy polskich. Oni powinni być priorytetowymi partnerami dla władz RP.

I na koniec jeszcze kilka uwag na temat sytuacji Polaków na Białorusi. W ostatnich dniach, ale nie tylko, posłowie Konfederacji wyrażali wątpliwość, czy rzeczywiście Łukaszenka gnębi naszych rodaków żyjących w tym kraju. Kandydat na prezydenta tego środowiska w jednym z programów podkreślał ciężką sytuację polskiej mniejszości na Litwie, twierdząc, że miński satrapa daje polskiej społeczności względnie dużo swobody. Takie wypowiedzi nie tylko biją rekordy ignorancji, lecz także są niesamowicie szkodliwe i stanowią – zamierzone czy nie – usprawiedliwienie represji. Bo na Białorusi ponad półtorej dekady trwa festiwal szykanowania i prześladowania naszych rodaków.

Porównywanie go do realiów litewskich jest czystym szaleństwem. Owszem, są decyzje władz Republiki Litewskiej, które trudno nazwać inaczej niż uderzaniem w status mniejszości polskiej. Znakomita część z nich nie jest uzasadniona niczym innym niźli bezsensowną niechęcią czy jakąś niemądrą rywalizacją z Polską. Trudno jednak nie dostrzec, iż od kilku lat relacje na linii Warszawa–Wilno poprawiają się i na gruncie tej ewidentnej zmiany można naprawić to, co zostało kiedyś zniszczone. Sęk w tym, że dopóki stronę polskiej społeczności będzie dominował Tomaszewski et consortes z prokremlowskim zapleczem, dopóty takie negocjacje będą miały pod górkę. Bo europoseł i jego środowisko żyją z podgrzewania sporu, a nie jego kończenia. Na Białorusi trwa za to regularna i systematyczna walka z Polakami. Niestety, przez wiele lat przy cichej akceptacji Polski. Związek Polaków na Białorusi jest organizacją nielegalną, nielegalne są polskie media, władze w Mińsku odebrały społeczności naszych rodaków zbudowane za pieniądze podatników RP budynki, przejęły szkoły, ograniczają naukę polskiego i polskiej historii, jednocześnie szpikując programy nauczania w szkołach białoruskich skrajnie antypolskimi i zwyczajnie nieprawdziwymi treściami. Działacze polscy są prześladowani przez służby specjalne, urzędy skarbowe i wszelkie instytucje państwa białoruskiego. Trzeba naprawdę dużo złej woli albo ogromnej niewiedzy, by twierdzić, że to sytuacja tożsama z realiami litewskimi. Ale co najważniejsze, takie porównania są niebezpieczne dla naszych rodaków na Białorusi. Bo władze tego autorytarnego kraju będą się nimi posługiwały, usprawiedliwiając represje. Każdy, kto je formułuje, musi mieć to w tyle głowy.
 

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane