Administracja amerykańska przyjęła kurs wspierania Polski, zresztą we własnym dobrze pojętym interesie. Po referendum w sprawie brexitu, a jeszcze przed formalnym opuszczeniem Unii Europejskiej przez Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Biały Dom musiał znaleźć – na miejsce Londynu – sojusznika nr 1 w Unii. Wybór, być może w oczywisty sposób, padł na Rzeczpospolitą.
Szeroko otwarte okno możliwości
To może nie dar losu, tylko efekt redefinicji polityki USA wobec Europy, ale nagle otworzyło się dla naszego kraju okno możliwości w relacjach transatlantyckich. Polska stała się dla prezydenta Donalda Trumpa i jego administracji głównym punktem odniesienia na Starym Kontynencie. To nie Polacy wymyślili brexit, ale to państwo polskie potrafiło wykorzystać koniunkturę powstałą w konfiguracji Stany Zjednoczone–Europa. Oczywiście brexit ma bardzo wiele negatywnych następstw, ale mowa tu o tym, że Polska niczym dobry surfer potrafiła skorzystać z nowej, wysokiej i nieznanej transatlantyckiej fali.
To opis ostatniego pięciolecia, pewna fotografia rzeczywistości. Wyzwaniem będzie jednak najbliższa przyszłość. Czy amerykańska polityka zagraniczna zmieni się w istotny sposób po listopadowych wyborach prezydenckich w tym kraju? Zapewne i tak, i nie. Odpowiedź w stylu górala pytanego, czy będzie pogoda następnego dnia („bydzie, panocku, albo nie bydzie”), jest uzasadniona.
Polska–USA: możliwe scenariusze
Otóż po ewentualnym zwycięstwie Joego Bidena i demokratów zmieni się zapewne stosunek Białego Domu do organizacji międzynarodowych, typu Unia Europejska, Organizacja Narodów Zjednoczonych, Światowa Organizacja Zdrowia (WHO). Kurs sceptyczny zostanie zapewne zastąpiony kursem neutralnym (nie sądzę, żeby entuzjastycznym).
Podobnie prawdopodobnie będzie w przypadku międzynarodowych umów (traktatów) wielostronnych. Stany Zjednoczone nie będą ich już zrywać, niektóre z nich mogą nawet ponownie podpisać (reaktywować). Być może nieco zmieni się stosunek Stanów do Azji – choć nie jest to oczywiste – i, prędzej, do Ameryki Łacińskiej. Zapewne pewną kontynuację będziemy obserwować w polityce Waszyngtonu wobec Rosji. A nawet możemy być świadkami, uwaga, zaostrzenia kursu wobec Moskwy przez nowego sekretarza USA. Demokraci stali się bowiem – może to i dobrze? – zakładnikami własnych oskarżeń Donalda Trumpa o rzekomą prorosyjskość. Niesłychanie trudno im będzie nagle zmienić kurs. Krótko: uważam za zupełnie nierealny powrót resetu w relacjach USA–Rosja, który mogliśmy niestety obserwować za pierwszej kadencji Baracka Obamy. Tym razem raczej nie grozi nam, że amerykańska lewica, czyli demokraci, sprzeda Polskę i nasz region Europy Kremlowi.
Największe wyzwanie dla polskiego rządu
Jeżeli należy się czegoś obawiać, to raczej zakusów na „wychowywanie” polskich władz w duchu „poszanowania demokracji, praw człowieka i praworządności”. Czyli skopiowania polityki Brukseli względem Polski. To z kolei musi skutkować reakcją opinii publicznej w Polsce oraz władz RP. Udawanie, że deszcz pada, gdy jest się opluwanym, nie będzie taktyką Polski po takiej, potencjalnej, zmianie kursu Białego Domu. Oczywiście zwycięstwo Donalda Trumpa i republikanów będzie oznaczało kontynuację polityki desinteressement wobec sytuacji wewnętrznej w naszym państwie, co zresztą Amerykanom ekonomicznie i geopolitycznie bardzo się opłaca.
I właśnie relacje WA–WA, czyli Warszawa–Waszyngton, mogą być w tym właśnie aspekcie największym wyzwaniem dla rządu RP i prezydenta Rzeczypospolitej w kolejnych latach. Czy skończy się idylla w relacjach USA–Polska? Nie, jeśli ekipa Bidena w Białym Domu nie będzie słoniem w składzie porcelany w sprawach polskich. Nie, jeśli wygra ponownie Trump.
Unia i dwie „odwilże” dla Polski
Polityka europejska rządu Prawa i Sprawiedliwości w najbliższym czasie nie musi być wcale łatwiejsza niż w ostatnich latach. W ciągu ostatnich czternastu miesięcy elity Unii z dwóch powodów czasowo ograniczyły – choć nie zawiesiły całkowicie – ataki na Polskę. Pierwszy powód to formowanie się nowych władz UE, a przede wszystkim Komisji Europejskiej. Miało to miejsce między mniej więcej połową lipca a 1 grudnia 2019 r., gdy formalnie ukonstytuowała się KE. W oczywisty sposób Warszawa była potrzebna do sformowania nowej struktury kierowniczej UE. Zwłaszcza, że nowa przewodnicząca Komisji Niemka Ursula Gertruda von der Leyen została wybrana w lipcu 2019 r. ledwie... ośmioma głosami, co nigdy jeszcze nie zdarzyło się w historii EWG–UE. I były to głosy europosłów z Polski i, o paradoksie, europosłów często krytycznego wobec Unii i Niemiec Prawa i Sprawiedliwości. Polska była potrzebna do tej układanki, stąd czasowe zelżenie ataków na nasz kraj. Co wcale nie oznacza, że tych ataków nie było wcale. Względne zelżenie kursu Unii wobec Polski, tzw. euroodwilż, miała także miejsce w ciągu ostatnich kilku tygodni, gdy głos naszego rządu był niezbędny do zawarcia nowego planu Marshalla, jak to publicystycznie określano, czyli Recovery Fund (Funduszu Odbudowy). Jego ewentualne zawetowanie przez Polskę lub choćby tylko opóźnienia decyzji o jego powstaniu i kwotach, jakimi ma dysponować, nasza ewentualna gra na czas, byłaby bardzo dolegliwa dla unijnych elit, ale także dla Berlina, który od 1 lipca sprawuje półroczną prezydencję w Unii.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże
Problem polega na tym, że po ostatecznym klepnięciu budżetu Unii Europejskiej na lata 2021–2027 i Funduszu Odbudowy, gdzie Polska dysponuje prawem weta i zablokowania kluczowych decyzji – nie tylko finansowych, lecz także politycznych, można spodziewać się „zaostrzenia walki klasowej w ramach Unii w miarę rozwoju rewolucji”. Tłumacząc to na język współczesny: zwiększenia nacisku na państwa członkowskie UE rządzone przez formacje eurorealistyczne, jak Polska, Węgry, Słowacja, Słowenia, w jakiejś mierze Czechy, przez państwa kierowane przez formacje euroentuzjastyczne, które bądź ze względów ideologicznych, albo też z racji interesów gospodarczych i politycznych chcą ograniczyć konkurencyjność naszego regionu UE, a szczególnie jego największego kraju, czyli Polski.
Czy to oznacza, że kończy się okres dobrej koniunktury w polityce międzynarodowej Polski zarówno w wymiarze transatlantyckim, jak i europejskim? Zobaczymy. Jedno jest pewne: nasze państwo, nasz naród muszą być gotowe na różne scenariusze.