Pucz w założeniu miał zapobiec wstąpieniu Czarnogóry do NATO. W Armenii sytuacja wydaje się analogiczna. Państwo jest na granicy wyjścia z sojuszu wojskowego z Rosją (Organizacja Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym), słusznie wskazując, że nic mu nie dał w wojnie z Azerbejdżanem o Górski Karabach. Jednocześnie Erywań podpisał umowę wojskową z Francją, wyraził chęć integracji z UE.
Na razie o NATO nie ma mowy, ale przecież Francja jest członkiem NATO. Władze Armenii zaczynają też współpracować wojskowo z innymi krajami NATO, w tym z USA. Paradoksalnie, również z Iranem, bo ma złe relacje z Azerbejdżanem – na Kaukazie nic nigdy nie jest proste. Premier Armenii Nikola Paszynian jest solą w oku dla Moskwy i skorumpowanych prorosyjskich sił w swoim państwie.