Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Krzysztof Wołodźko,
31.05.2017 20:02

​Przaśny sklepik z marzeniami

Po ponad ćwierćwieczu na ekrany telewizorów wrócił kultowy serial „Miasteczko Twin Peaks”, stworzony przez Davida Lyncha i Marka Frosta. Na początku lat 90. XX w.

Po ponad ćwierćwieczu na ekrany telewizorów wrócił kultowy serial „Miasteczko Twin Peaks”, stworzony przez Davida Lyncha i Marka Frosta. Na początku lat 90. XX w. oglądaliśmy go także w Polsce, pełni nadziei, że teraz będzie u nas jak na Zachodzie. Nie rozumieliśmy lekcji, jaka płynęła z amerykańskiego serialu: Zachód to nie tylko konsumpcyjny raj, to również arcyludzki mrok.

W 1991 r. Stephen King wydał powieść zatytułowaną „Sklepik z marzeniami”. Choć książka nie jest głośna ani tak dobra jak „Lśnienie”, „To” czy „Miasteczko Salem”, to miała swój mroczny i przewrotny urok. W sklepiku z marzeniami można było dostać, ile dusza zapragnie – i to nie za pieniądze. Ale z diabelskiego targu nikt nie wychodził bez szwanku. A cena marzeń okazywała się zbyt wysoka, niszczyła nie tylko kupującego, lecz także całą społeczność miasteczka Castle Rock.

Jamnik na Manhattanie

Dla pokolenia dzisiejszych czterdziestolatków dorastanie na początku lat 90. XX w. było jak znalezienie się w najradośniejszym wesołym miasteczku. Owszem, nasi rodzice, urodzeni już po wojnie, również mieli swoje radości lat nastoletnich. To w czasach ich młodości pojawiały się w domach pierwsze w Polsce telewizory, to oni słuchali z winyli rock and rolla, znanego u nas najpierw jako bigbit. Ale my, urodzeni w drugiej połowie lat 70. i na początku lat 80. XX w., bez żadnej własnej zasługi trafiliśmy do najdziwniejszego miejsca pod słońcem: naszego własnego sklepiku z marzeniami. Owszem, wciąż był to przaśny sklepik, na ogół przybierał kształt dobrze nam znanego z dzieciństwa gieesu, wyglądał jak łóżko polowe na ulicach miasteczek i miast lub targowisko miejskie pełne przybyszów ze Związku Sowieckiego, które wtedy na ogół, jak Polska długa i szeroka, nazywało się „Manhattan”. W szkolnych pracach domowych roiło się wówczas od zdań: „Mama kupiła mi jamnika na Manhattanie”. Gdzie „jamnik” nie oznaczał psa, ale złej jakości dwukasetowy magnetofon stereo azjatyckiej produkcji.

Wschód spotykał się z Zachodem: na polowym łóżku obok siebie leżały elektroniczne gry, których kształt i dźwięk tkwi pewnie głęboko w naszej pamięci. A każdy z tych światów w miniaturze opowiadał o sobie. Sowieckie gry były dość duże, toporne, wykonane z blachy: grało się na nich na ogół w „Wilka i zająca”. Wilk strzelał gole zającowi albo odwrotnie. W innych wariantach łapało się jajka do koszyczka. Gry elektroniczne z Zachodu były mniejsze, plastikowe, grało się na nich w wyścigi Formuły 1 albo w łapanie jajek, tyle że robiła to Myszka Miki albo Kaczor Donald. Ważna rzecz: cena za marzenia była inna niż w powieści Stephena Kinga. Nazywała się po prostu „negatywne skutki transformacji”. I nie myśmy ją płacili, a przynajmniej tak się nam wówczas mogło wydawać, ale nasi rodzice.

I ty zostaniesz Carringtonem

Ale bodaj najważniejsze były seriale. To one na początku lat 90. XX w. pokazywały świat, który zaraz miał nadejść. „Kim zostaniesz, jak dorośniesz?” – pytano nas z ekranów czarno-białych polskich neptunów i kolorowych sowieckich rubinów podpiętych do ciężkich skrzynek stabilizatorów napięcia. Może zostaniesz Blake’em Carringtonem z „Dynastii”, chłopczyku z pegeeru? A może zostaniesz Brendą Walsh z „Beverly Hills 90210”, dziewczynko z miasta, w którym właśnie zamykają kolejny wielki zakład pracy? To chyba jeden z najciekawszych fenomenów transformacji, głęboko związany z jej neokolonialnym kształtem. Bo przecież gdyby ktoś nam pokazał dzieci z Trzeciego Świata siedzące w biednych domach i wpatrzone w zachodnie seriale, uderzyłby w nas kontrast tych światów. Tymczasem my sami, naprawdę ubodzy krewni Zachodu, patrzyliśmy na amerykańskich oligarchów, tamtejsze bizneswoman i dzieci wyższej klasy średniej. Nie wszyscy mieliśmy własne magnetofony i własny pokój w mieszkaniu, ale marzyliśmy o świecie, w którym starsze od nas o kilka lat dzieciaki jeździły najmodniejszymi sportowymi samochodami.

Jeśli spojrzeć dorosłym już okiem na tamten importowany, popkulturowy świat, który chłonęliśmy z tak wielkim, bezkrytycznym entuzjazmem jako nastolatki (czy wy, starsi, byliście bardziej krytyczni?), to da się zauważyć, że wysyłał do nas swoje ostrzeżenia. Postawmy obok dwa kultowe seriale, pokazywane w Polsce na początku lat 90. XX w.: „Cudowne lata” i „Miasteczko Twin Peaks”. Pierwszy jest dość sielską wizją amerykańskiego społeczeństwa dobrobytu, w którym dostatnio żyły także niebieskie kołnierzyki zasilające niższą klasę średnią (w USA symbolizujące pracowników fizycznych). Owszem, w „Cudownych latach” gdzieś w tle są też amerykańskie dramaty z przełomu lat 60. i 70. XX w., od wojennych do rasowych, ale wygrywa obraz dobrosąsiedzkiej sielanki, dostatniego życia na wielkomiejskim przedmieściu. To nie był świat amerykańskich working poor – choć przecież to ich obraz lepiej antycypowałby dość istotny negatywny trend przemian w Polsce. W każdym razie „Cudowne lata” to świat odpowiedzialnych i kochających rodziców, rodzinnych domów otoczonych kokonem stabilnego i sytego świata.

Stany nie są tym, czym się wydają

A z drugiej strony, „Miasteczko Twin Peaks” pokazane w polskiej telewizji jeszcze gdy moje roczniki, urodzone pod koniec lat 70. XX w., chodziły do szkoły podstawowej. To był już o wiele mroczniejszy świat, z obłędem pod podszewką spokojnej rzeczywistości, z biznesmenami robiącymi brudne interesy, statecznymi głowami rodzin, których pożerała ciemność, oraz ich neurotycznymi żonami i eksperymentującymi z narkotykami i seksem dziećmi. To był świat z podziałem na ludzi ledwo wiążących koniec z końcem i żyjących w ruderach oraz na tych, którzy opływali w luksusy i mogli płacić innym, by w ich imieniu czynili rzeczy niegodziwe. Popkultura z czasów PRL-u nie znała również tego perwersyjnego zła bliżej nieustalonego pochodzenia, dość charakterystycznego zjawiska w wypadku kultury masowej przenicowanej przez New Age – było to zło po części metafizyczne, po części psychiczne, a może nawet kosmiczne. To było fascynujące i jakże inne od świata zagadek kryminalnych rozwiązywanych przez porucznika Borewicza.

„Miasteczko Twin Peaks”, wbrew dość częstym opisom w ówczesnych programach telewizyjnych, nie było przecież serialem kryminalnym. Było zawiłą, artystyczną diagnozą pewnego stanu rzeczy, zarówno opisem, jak i analizą rzeczywistości, w której tradycyjna duchowość została niemal doszczętnie wyparta przez psychoanalizę i okultyzm. Gdybyśmy wtedy umieli czytać znaki, wiedzielibyśmy, że nie tylko sowy nie są tym, czym się wydają – również Stany Zjednoczone nie są jedynie sielanką, o której lubili wówczas mówić i postkomuniści, i postsolidarność, i konserwatywno-liberalna młodzież, która wyrosła na tuzy polskiej publicystyki i na jej prawoskrętnych celebrytów. Sielanką nie był zachodni świat, w którego artefakty wpatrywaliśmy się z rozdziawionymi buziami i raczej pustawymi kieszeniami w przaśnym sklepiku z marzeniami na początku lat 90. XX w.

Gdy patrzę na twarze bohaterów trzeciego sezonu „Miasteczka Twin Peaks”, myślę: „Jak oni się zmienili!”. Ale przecież to tylko część prawdy: i my się zmieniliśmy, i znacznie przeobraził się nasz świat. Już nie czekamy, aż rozgrzeją się ciężkie czarno-białe i kolorowe lampowe telewizory, by zobaczyć dziwaczną baśń. Dziś irytują nas kilkusekundowe pauzy przy zwolnionym transferze danych z internetu. I niecierpliwie czekamy. Może dowiemy się, czym są naprawdę sowy. A chwilę później włączymy kolejny serial.

Wesprzyj niezależne media

Ten materiał powstał dzięki wsparciu Czytelników. Pomóż nam pisać dalej