Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
04.07.2016 19:04

Namibia: zjeść krokodyla, zobaczyć Krzyż Południa

Windhuk, stolica ponaddwumilionowej Namibii, kraju przeszło 2,5 razy większego niż Polska. Szpital, w którym cudzoziemcom zabraniają robić zdjęcia.

Windhuk, stolica ponaddwumilionowej Namibii, kraju przeszło 2,5 razy większego niż Polska. Szpital, w którym cudzoziemcom zabraniają robić zdjęcia. Potworny tłok, głównie kobiety z dziećmi i starsze panie, jakby mężczyźni w tym kraju nie chorowali. Dwie wielkie hale, jak stare dworce PKS-u w Polsce, stanowią poczekalnię z drewnianymi ławkami. Klinika oficjalnie zajmuje się „zaburzeniami w odżywianiu”. Tłumacząc to na normalny język, chodzi o chroniczny problem niedożywienia. Wśród kobiet, które tu przychodzą, 25–30 proc. leczone jest na HIV.

Pacjentkom (głównie) rozdawane są leki za darmo. Jest duże stoisko z... darmowymi środkami antykoncepcyjnymi i prezerwatywami. Jeden lekarz w Namibii obsługuje średnio 35–40 tys. mieszkańców. Dla porównania, w Polsce jeden lekarz przypada na góra 2 tys. pacjentów. W tej klinice jest tylko trzech lekarzy. Dzieciaki, chociaż na zewnątrz jest 25°C (jest początek zimy), są w czapkach i rękawiczkach. Przepraszam, na rękach mają nie rękawiczki, tylko... skarpetki. Są tu fatalne warunki higieniczne. Szpital finansowany jest przez państwo, ale na wyżywienie dzieci daje również UNICEF. Przychodzą tu zazwyczaj matki samotnie wychowujące dzieci – ojców często trudno ustalić.

Afryka na niemiecki sposób

Namibia to kraj rządzony przez ludzi doświadczonych. Prezydent Hage Geingob (wcześniej przez lata był premierem) ma 75 lat, wiceprezydent zaś jest jeszcze starszy – ma lat 80. W przeciwieństwie do nich, państwowość jest młoda, ma ledwie 26 lat: Namibia jest niepodległym krajem od 21 marca 1990 r.

Na każdym kroku widać niemieckie wpływy. Jadę w stolicy ulicą Bismarcka, ale wcześniej w drodze z lotniska, oddalonego o trzy kwadranse drogi autem od centrum miasta widzę drogowskaz do miejscowości… Kleine Kupa. Polskie akcenty to rodzynki w niemieckim cieście: megapotentat przemysłu budowlanego oraz sprzedaży i wypożyczalni aut to Pupkiewicz, ale już z niemiecka pisany – Pupkewitz. Przejeżdżam koło Deutsche Höhere Privatschule. W tej niemieckiej prywatnej szkole dostrzegam same białe dziewczęta w granatowych mundurkach. Wychodzi też gazeta w języku niemieckim „Allgemeine Zeitung” (nie mylić z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”). Gazeta w tym roku obchodzi stulecie swojego istnienia. Poza nią wychodzi również dziennik w języku afrykanerskim – „Republikein”.

Jadę ulicą Niepodległości przez samo centrum Windhuku. Wcześniej ulica nazywała się Kaiserstrasse. Po prawej mijam ratusz. Przed nim pomnik niemieckiego założyciela miasta pułkownika Kurta von François (kiedy je zakładał był kapitanem). Był to, jeśli można tak powiedzieć, drugi założyciel miasta. Pierwszy to lokalny wódz murzyński, który w 1840 r. usiłował przekształcić wioskę w miasto. Bez powodzenia. Udało się to dopiero Niemcowi pół wieku później (1892 r.). Można powiedzieć, że o ile Włoch Kolumb odkrył dla Hiszpanii Amerykę w 1492 r., o tyle równo po czterech wiekach Niemiec założył w Afryce miasto, które stało się po kolejnych (prawie) stu latach stolicą niepodległego państwa. Jadę, mijając szpaler flag i portretów politycznych przywódców, bo oto Namibię nawiedza prezydent państwa liczącego 500 (sic!) razy więcej ludności. Prezydent Indii Pranab Mukherjee jest gościem prezydenta Namibii Hage Geingoba. W związku z tym na każdej niemal latarni jest albo portret prezydenta Indii, albo portret gospodarza z Windhuku.

Oglądam w centrum pomnik ojca założyciela Namibii, doktora Sama Nujomy. Napis na postumencie to jego słowa: „Namibia jest na zawsze wolna, suwerenna, niepodległa”. Poniżej ulica Fidela Castro. Mieszkaniec stolicy tłumaczy, że to dlatego, iż „Kuba bardzo pomogła Namibii”. W miejscu, w którym teraz jest pomnik prezydenta Nujomy, kiedyś stał inny pomnik, człowieka na koniu, pułkownika François. Czy to nie metafora? Niemiecka przeszłość, wciąż w jakiś sposób obecna w życiu Namibii, musiała ustąpić teraźniejszości postkolonialnej, wyzwolonej Czarnej Afryki.

Za monumentem „ojca chrzestnego” kraju znajduje się zbudowany w bardzo nowoczesnym stylu budynek Muzeum Narodowego. Dalej – pomnik Murzynki i Murzyna, którzy zrywają kajdany. Ma to symbolizować uzyskanie (bo przecież nie odzyskanie!) niepodległości.

W pobliżu, tuż obok, duży kościół z początku XX w., przeznaczony kiedyś wyłącznie dla Niemców. Teraz na niedzielnych mszach w języku niemieckim jest połowa białych, a połowa czarnych. Gdy jedna z nich się kończy, przed kościołem na kolejną Eucharystię czekają już wyłącznie sami Murzyni. Z kolei w innym kościele księża mówią do wiernych po angielsku, a ci odpowiadają po niemiecku. Śpiewają zresztą też po niemiecku.

Niemieckie ludobójstwo z początku XX w.

W protestanckim kościele napotykam coś, co mnie jako historyka niezwykle interesuje: widzę osiem wielkich tablic z brązu, z nazwiskami niemieckich oficerów i żołnierzy, którzy zginęli, tłumiąc powstanie plemion Herero i Namaqua. Miało to miejsce w latach 1903–1906, a przybysze z Europy bronili niemieckiej kolonii istniejącej tu formalnie od niespełna dwóch dekad i mającej nazwę „Niemiecka Afryka Południowo-Zachodnia”. Na tablicach rzędy niemieckich nazwisk i stopni wojskowych, ale też i polskie „rodzynki”. Zapewne nasi rodacy z zaboru pruskiego. Odnotowuję: Grabowski, Piepko, Nowack. Nasi zachodni sąsiedzi zadbali o pamięć o swoich zabitych w skrajnie brutalnie stłumionym powstaniu autochtonów. Ale ja w pamięci mam zupełnie inny obraz: Rwanda, jej stolica Kigali, słynne Muzeum Ludobójstwa „Kigali Memorial”. Byłem tam w listopadzie w 2007 r. i widziałem wstrząsającą wystawę poświęconą niemieckim rzeziom w czasie II wojny światowej, ludobójstwu Ormian w 1915 r., oczywiście ludobójstwu Tutsi i Hutu w latach 90., ale też uznanej za ludobójstwo niemieckiej rzezi plemion Herero i Namaqua. Było to o tyle wstrząsające, że wystawa pokazywała swoistą ciągłość działań Niemców w Afryce na początku XX w. i w Europie pod koniec lat 30. oraz pierwszej połowie lat 40. Autorzy ekspozycji – nie wiem, na ile świadomie, a na ile bezwiednie – pokazali swoistą niemiecką kontynuację.

Podróż w czasie. Podróż w przestrzeni. Widzę budynek, który przed przeszło stu laty zbudowali Niemcy dla swoich oficerów i swoich władz miasta (1912 r.). W pobliżu festiwal pomników bohaterów Namibii – zarówno wojskowych, jak i księży. Kapłan Teofilus Hamutumpangela, żyjący w latach 1917–1990. I dalej główny inspirator i przywódca powojennego ruchu oporu, który stał się głównym źródłem nowoczesnego nacjonalizmu w Namibii – Hosea Katjiku-Ru-Rume Kutako (1870–1970) czy wreszcie kapitan Hendrik Samuel Witbooi (1906–1978).

Jest też „Old State House”, dawny pałac prezydencki, obecnie mieści się tu siedziba premiera. Niedaleko, bodaj jedyny na świecie, pomnik kudu, zwierzęcia charakterystycznego dla Namibii (rodzaj antylopy). W końcu poszukiwana przeze mnie katolicka katedra St. Mary’s, miesząca się na głównej ulicy miasta – alei Niepodległości. Jest prosta, skromna i nowoczesna w wystroju. Grupka młodych modli się głośno na dziedzińcu kościoła, przed figurą Matki Bożej. Wszyscy mają zdjęte buty. W katedrze znajduje się figura świętej Barbary, ale główną figurą jest niemiecki święty z Ratyzbony – Wolfgang...

Dawna stacja kolejowa, parowozy-staruszki, turyści pstrykają zdjęcia, a ja, widząc napis „1652”, wiem, że nie chodzi tu o rok – bo dzieje Namibii są znaczne krótsze – ale o wysokość w metrach nad poziomem morza. Prawdę mówiąc, nie jest to w ogóle odczuwalne.

Jadę ulicą Mahatmy Mohandasa Gandhiego. Tuż obok biegnie inna ulica, poświęcona długoletniemu ministrowi spraw zagranicznych Niemcowi Hansowi-Dietrichowi Genscherowi (1974-1992, z krótką przerwą w 1982 r.). W pobliżu powstaje nowoczesna Akademia Medyczna. Bardzo słusznie, bo liczba lekarzy w tym wielkim, choć jednym z najsłabiej zaludnionych wśród krajów świata, jest bardzo niewielka. Polski lekarz mówi mi, że co najmniej dwadzieścia razy mniejsza niż w Polsce w przeliczeniu na jednego pacjenta.

Namibijski tatar...

A tuż obok slumsy z ubikacjami na zewnątrz, parterowymi „domeczkami”, trochę przypominającymi szopy. Jadę na lokalny targ, można tam kupić zasuszone robaki. Podobno smaczne. Nie próbuję. Oferują też surowe mięso. Można je obejrzeć w chmurze much i owadów. Na pewno nie mam ochoty na tatara... Zachęcają mnie jednak, żeby skosztować trochę tego przysmaku, mój przewodnik nawet kupuje kawałek i zawija jedzonko w gazetę. Staram się delikatnie poinformować, że wcale, ale to wcale nie jestem głodny. Słyszę sarkastyczne: „Chyba nie jesteś wegetarianinem?”. Cóż, nie jestem, ale dzisiaj, a przynajmniej teraz, wolę dietę. Nawet ścisłą. Wiem, że zachowuję się nieładnie, bo nie dość, że pozbawiam zarobku miejscowych z owego targu, to być może też lokalnych lekarzy, a nawet polskich specjalistów medycyny tropikalnej. Ale podobno – już serio – wołowina w Namibii jest najlepsza w całej Afryce i eksportują ją do Europy.
Z okien samochodu dostrzegam rozległy cmentarz. Tuż przy bramie cmentarza zbudowane są domy. Ich mieszkańcy mają okna z widokiem na swoich i nieswoich zmarłych. Odnotowuję oryginalny szyld „Jesu Guesthouse”. Widzę też Orban Primary School. Ale jestem jakoś przekonany, że wpływy naszego sojusznika, premiera Węgier, nie sięgają jednak tak daleko. I tu też istnieje nieformalny zwyczaj uiszczania nieformalnych opłat za nieformalne pilnowanie aut w całkiem formalnych miejscach. Opłacają się nie tylko cudzoziemcy, ale także miejscowi.

Jedna ambasada RP na dziewięć państw

Polska nie ma tu, niestety, swojej ambasady. Namibię obsługują nasi dyplomaci z RPA, z Pretorii. Mają oni „pod opieką” aż dziewięć państw. Obok RPA – sąsiad Windhuku przez Rzekę Pomarańczową – i Namibii, także Zambię, Zimbabwe (dawna Rodezja z krwawym Mugabe!), Botswanę (te ostatnie trzy kraje to sąsiedzi Namibii przez morze) oraz Malawi, portugalskojęzyczny Mozambik oraz Suazi i Lesotho. Z kolei dwa ostatnie państwa to... kraje-enklawy na terytorium południowoafrykańskim. Oba są królestwami, inaczej niż nudna demokracja prezydencka Namibii – ale skrajnie różnymi. Król Lesotho jest „demokratą absolutnym” i panuje w tym kraju nieograniczona wolność wszystkich do wszystkiego.

Legendarny król Suazi zaś – z jego wieloma, co roku nowymi żonami – jest z kolei absolutnym dyktatorem i trzyma w swoim miłym państewku wszystko i wszystkich za pysk. Na tym tle Namibia to oaza demokracji, choć pewnie z tym stwierdzeniem nie zgodziłaby się tutejsza opozycja. Ale jest coś, co łączy oba te kraje, pomijając „podległość” pod tą samą placówkę dyplomatyczną Rzeczypospolitej Polskiej w RPA. Tym wspólnym mianownikiem Windhuku i Mbabane są… fantastyczne znaczki pocztowe.

Znaczki ze Swazilandu (tak to się wtedy nazywało) pamiętam z dzieciństwa. Było ich masę: duże, kolorowe, ze zwierzętami. Te obecne z Namibii też mają głównie motywy zwierzęce. Ciekawe, że nie ma na nich nominałów, tylko daty roczne, kiedy się ukazały i informacje, czy można je nakleić na pocztówkę, czy na list wewnątrz kraju. Tylko w 2016 r. ukazały się „marki”, jak to kiedyś określano, z hieną (a właściwie z trzema hienami, w tym dwiema wyraźnie zainteresowanymi antylopą...), żółwiem, słoniem, czaplą czarną oraz ptakiem o intrygującej nazwie „wdówka białobrzucha”. Ciekawe, że na każdym znaczku obok ptaka czy ssaka jest nie tylko angielska jego nazwa, ale również łacińska. I tak psammobates tentorius trimeni to po prostu żółw (na list zwykły), a vidua macroura to owa „wdówka” z białym brzuszkiem (na list krajowy). Ale na znaczkach są nie tylko przedstawiciele fauny. Oglądam taki mało efektowny na kartkę pocztową, przedstawiający pierwszą stronę pierwszego wydania niemieckiego dziennika „Allgemaine Zeitung”, ukazującego się najpierw w Niemieckiej Afryce Południowo-Zachodniej, potem w Afryce Południowo-Wschodniej, będącej od lat I wojny światowej częścią RPA, wreszcie na terytorium mandatowym Ligi Narodów.
Kuchnia namibijska jest ciekawa, bo bazuje na mięsie nieznanych w Polsce zwierząt. I tak na przykład w skład wielomięsnego dania bushman sosatie wchodzą kawałki z… krokodyla, zebry, kudu (tak, tego od pomnika), antylopy oraz antylopy oryks. Nie wszystko smakuje tak jak nasz schabowy, ale do krokodyla, i po części zebry, nie powiem, nie mam zastrzeżeń, jadło się smacznie. Skądinąd dobrze, że to ja zjadłem krokodyla, a nie krokodyl mnie. Gdy ktoś z tubylców zapyta, jak się podoba miejscowe jedzenie, można (wypada?) odpowiedzieć: „lekka” czyli: dobre, fajne. Do tego jeszcze Urbock – ciemne piwo, podawane sezonowo, w zależności od pory roku. Przypomina trochę Guinnessa. Ot, po prostu afrykański lager. Jak ktoś nie przepada za piwem lub pochodzi z kraju kultury wina, mogę polecić, dobre w upały, białe wino Thonningu. Na butelce rysunek dwóch antylop: mała antylopa ssie mleko mamy, obok struś, który właśnie wykluł się z jajka. Na nalepce wina, podobnie jak na znaczkach pocztowych, a także np. na herbie Namibii (trzy zwierzęta: dwie antylopy i ptak pośrodku wokół namibijskiej flagi) występują powtarzające się motywy ze świata fauny.

Dolary nie kwachy...

Płaci się tu dolarami – ale swoimi, namibijskimi. Ostatni kurs: za jedno euro można otrzymać 16,33 miejscowej waluty, pisanej w skrócie NAD. Jeżeli ktoś chce wymienić euro czy amerykańskie dolary na te namibijskie, a nie ma karty bankomatowej, to po 15.30 w dni powszednie, po 13.00 w sobotę i całą niedzielę może mieć z tym problem. Banki bowiem są zamykane wczesnym popołudniem. Namibia zdobyła się na własną walutę dopiero trzy lata po uzyskaniu niepodległości. W obiegu są banknoty o pięciu nominałach: od 10 do 200 dol. (w USA dwustudolarówki nie uświadczysz). Drobne to monety o pięciu nominałach – od pięciu centów do... 5 (sic!) dol. W kraju najpopularniejszych dolarów, czyli w Stanach Zjednoczonych, monety pięciodolarowej też nie ma. Ciekawe, że w Afryce Południowej większość krajów ma walutę o charakterystycznych, lokalnych nazwach. Wyjątkiem jest właśnie Namibia z dolarem, wyspa świętej Heleny z funtem, Zimbabwe z dolarem (niegdyś własnym, obecnie USA). Ale już Botswana ma pulę, Malawi – kwachę, Mozambik – metical, Mauritius – rupię, RPA – rand, Zambia też kwachę (jak Malawi), Suazi – lilangeni. Dodajmy do tego sotyjskie loti (waluta Lesotho) i madagaskarskie ariary (Madagaskar).

Skąd się wzięła nazwa „Namibia”? Oczywiście od Pustyni Namibijskiej. Dla mnie Namibia okazała się zaskakującym przeżyciem. Na tle kilkunastu innych afrykańskich krajów, w których byłem, jawi się ona jako państwo dość „zeuropeizowane” i o stosunkowo łagodnym klimacie. Co ciekawe, ową względną „europejskość” skutecznie zgubiły inne kraje, niegdyś kolonie państw Starego Kontynentu. Demokratyczna (sic!) Republika Konga, dawna kolonia Królestwa Belgii, jest dziś piekłem, a była rajem – w dużej mierze także dla tamtejszych tubylców. Jeżelibym z jakimś krajem Czarnego Lądu porównywał Namibię, to zapewne z Ugandą. Tam też klimat sprzyja Europejczykom i nie leje się z człowieka pot minutę po wyjściu z klimatyzowanego pomieszczenia. Ale Namibia nad Ugandą i całą Afryką ma jeszcze jedną wielką przewagę. To opisywany przez pisarzy (z Polaków choćby przez Jerzego Krzysztonia) i podróżników widoczny stąd na nieboskłonie Krzyż Południa – zbiór odległych gwiazd, które układają się właśnie w rodzaj krzyża. Czy trzeba większej metafory na zakończenie mojej podróży na koniec afrykańskiego świata.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane