Unia, Ukraina, wino i pieniądze
Dopiero co przyjechałem do Polski z Ukrainy.
Dramatyczny stan ukraińskich dróg jest podobny do stanu ukraińskiej gospodarki. Ujemny wzrost gospodarczy, dramatyczny spadek produkcji, upadek wielu fabryk i firm, olbrzymie bezrobocie – to sprzyja kilkumilionowej (dosłownie) emigracji. Powodem jest nie tylko zaangażowanie Kijowa w wojnę z Moskwą i co za tym idzie, strata bardzo dużego rosyjskiego rynku zbytu. To także oplecenie gospodarki naszego wschodniego sąsiada oligarchiczną pajęczyną powiązań i układów, które są, owszem, korzystne dla najbogatszych ludzi w kraju, ale hamują zdrowy rozwój ekonomii narodowej. Do tego dochodzi gigantyczna, choć zapewne trochę mniejsza niż kilka lat temu, korupcja.
Unia daje i bierze...
Co gorsza, perspektywy są kiepskie: produkcja przemysłowa i eksport nie zwiększą się w najbliższym czasie w znaczący sposób, a tracąca do Kijowa cierpliwość Unia Europejska nie jest Świętym Mikołajem. Choć przecież cały czas pomaga. Byłem w dyspozytorni Lvivelektrotrans, zawiadującej ruchem tramwajów i trolejbusów we Lwowie. UE wraz Europejskim Bankiem Odbudowy i Rozwoju dała pieniądze na modernizację pamiętających jeszcze sowieckie czasy tramwajów. 124 tramwaje ze średnią wieku 30 lat, choć termin eksploatacji wynosił lat 15, oraz 78 trolejbusów ze średnią funkcjonowania 20 lat, choć powinny być eksploatowane lat 10 – to lwowska flota transportu publicznego. Dodajmy, że z tego w ogóle nie działają 32 tramwaje i 14 trolejbusów. Bank w Londynie (EBOR) skredytował projekt modernizacji tramwajów, wykładając 11 mln euro, a Bruksela po prostu sprezentowała prawie 2 mln euro. Takich projektów jest więcej.
Także w małych miejscowościach. Na przykład w Łukach, oddalonych od Lwowa o 58 km, jeszcze w obwodzie lwowskim, ale już w rejonie samborskim (liczy on 900 km kw. i mieszka w nim 80 tys. ludzi) Unia sfinansowała energooszczędną kotłownię, ogrzewającą szkołę i przedszkole. Byłem w tej szkole, zbudowanej w 1961 r. – uczy się w niej 154 dzieci (według źródeł UE, a zdaniem Ukraińców prawie 200 i jeszcze maluchy w przedszkolu), zatrudnia 60 nauczycieli. Poza kotłownią za pieniądze z Brukseli wymieniono 65 okien. Całość kosztowała ponad 300 tys. hrywien, z czego połowę wyłożyła Bruksela. Dyrektor szkoły z dumą podkreśla, że dzięki tej inwestycji zaoszczędziła 19 tys. metrów sześciennych gazu tylko w jednym sezonie grzewczym. Miejscowi mogą porównać: Zachód finansuje lepsze warunki nauki dla naszych dzieci, a Rosja wypowiada nam wojnę.
Żeby jednak nie było tak słodko, dwie uwagi. Dlaczego owe unijne projekty pilotowane są przez firmy francuskie (jak ten komunikacyjny we Lwowie) czy niemieckie, a nie polskie, skoro jesteśmy sąsiadem Ukrainy, w przeciwieństwie do Paryża i Berlina? Przecież z powodu bycia „pomostem” między Kijowem a Unią mieliśmy korzystać nie tylko politycznie, ale i ekonomicznie... I druga kwestia: powszechnie słyszy się o ukraińskiej korupcji przy wykorzystywaniu środków UE lub też przeznaczaniu ich na potrzeby prywatne, w ogóle niezwiązane z projektami.
Ukraina promuje… ukraińskie wina
Stolica obwodu lwowskiego prowadzi mądrą politykę inwestycyjną. Na inwestycje przeznacza 2,5 razy więcej środków niż Kijów czy Charków. To przynosi efekty. Miasto ma 758 tys. mieszkańców, z tego pracuje ok. 300 tys., a kolejnych 120 tys. studiuje na aż 27 uniwersytetach. Do Lwowa ostatniego roku przyjechało 2 mln turystów. To pod ich kątem – nie tylko politycznie – celebrowano 750., a teraz już 760. rocznicę założenia grodu pod znakiem Lwa. Jednak przede wszystkim lwowska metropolia stawia na wykształcenie: rok w rok wypuszcza 30 tys. absolwentów wyższych uczelni, z tego 10 tys. to inżynierowie, a 4 tys. to specjaliści IT. Znajdują oni zatrudnienie w 190 firmach IT. Ta branża rozwija się żywiołowo, notując 20-procentowy wzrost w skali rocznej. 58 proc. mieszkańców pracuje w sektorze prywatnym, z tego aż 15 tys. w branży nowoczesnej technologii, internetu itp. Koniunkturę nakręca też turystyka: Lwów ma 88 hoteli i 65 hosteli. Liczba turystów rośnie lawinowo. W 2011 r. było ich ledwie 900 tys., w roku EURO 2012 już 1,4 mln, w kolejnym 1,6 mln, by przez 1,7 mln w 2014 r. dojść do progu 2 mln w ubiegłym roku.
Na oficjalnych przyjęciach we Lwowie podają wyłącznie... ukraińskie wina. Białe i czerwone są z Chersonia i naprawdę są niezłe. Zresztą w hotelu Leopolis, w którym mieszkam, w pokojach też wystawione są wina wyłącznie tutejsze. Kiedy doczekamy czasów, gdy na polskich przyjęciach dyplomatycznych podawać się będzie wina z Podkarpacia i Lubuskiego (tylko takie zresztą mamy) – te pierwsze zrobiły furorę na oficjalnej degustacji w Parlamencie Europejskim.
Sami muszą zrobić z tym porządek
Gdy jako kontroler wydawania pieniędzy europejskiego podatnika – z ramienia Komisji Kontroli Budżetu Parlamentu Europejskiego – pojawiłem się we Lwowie i okolicach i zacząłem dociekać, co się dzieje z tą rzeką unijnych środków płynących coraz szerszym nurtem z Brukseli do naszego wschodniego sąsiada, dowiedziałem się rzeczy, o których nie wiedziałem wcześniej jako polityk. Na przykład do głowy mi nie przyszło, że tylko w samym Lwowie jest niebywała liczba 45 (sic!) kategorii ludzi zwolnionych z opłat za transport publiczny... Mer Andrij Sadowy, który rządzi tym miastem trzecią kadencję, zapewne boi się ściąć ten niesłychanie rozdęty system ulg – reakcja społeczna byłaby pewnie gwałtowna i dla władzy przykra. Tyle że chodzi o miliony, miliony hrywien, uciekających z budżetu miasta. Dochodzi do tego inny fakt: blisko połowa transportu w tych okolicach funkcjonuje w szarej strefie! Kolejne miliony zatem znikają z horyzontu lwowskiego budżetu. Rzecz w tym, że Ukraińcy sami muszą z tym zrobić porządek, nie czekając na Unię. Bruksela bywa Świętym Mikołajem czy Dziadkiem Mrozem, jak kto woli, ale stałe obsadzanie jej w tej roli jest ryzykowne. Grozi tym, że coraz częściej może się do Ukrainy odwracać plecami. Zwłaszcza że do tego kusi ją Moskwa. Nasi sąsiedzi – i oligarchowie, i bohaterowie majdanu – muszą to zrozumieć.