Nasi w Peru
Gdy Peru było na szlaku przemytu narkotyków, w pewnym momencie w tamtejszych więzieniach siedziało aż 42 Polaków.
Byli też tacy, którzy po wyjściu zza krat na przepustkę czy tymczasowe zwolnienie nielegalnie opuścili Peru i wrócili do Polski, uciekając od więzień u stóp Andów. Ale w Peru są też zupełnie inni Polacy. Mieszkają tu trzy siostry zakonne, ok. 10 zmieniających się wolontariuszy rocznie, pięciu misjonarzy świeckich, 10 franciszkanów i kilku salezjanów. Gdy chodzi o franciszkanów, dwóch mieszka w buszu w okolicach San Lorenzo, jeden w buszu Piura, 1000 km od Limy w kierunku Ekwadoru. Franciszkanin spod Gubałówki (z miejscowości Dąb) mieszka w Pucallpa. Inny na co dzień jest w mieście, w którym w cudowny sposób mieszają się cywilizacyjne wpływy Indian i hiszpańskich kolonizatorów – Cuzco. Wreszcie trzech jest w stolicy.
Misjonarze i „dzieci ulicy”
„Proszę pozdrowić Polskę” – mówi salezjanin, ojciec Antoni ze środka Peru, z Amazonii Centralnej, z Puerto Bermudez, które jest częścią wikariatu apostolskiego San Ramon. Ojciec Dariusz, rodem z Gdyni, ale paradoksalnie z prowincji krakowskiej, trafił z Boliwii przez Cuzco do Limy i przed 10 laty wydał książkę „Bóg o indiańskim obliczu. Rzecz o synkretyzmie”.
A siostra Wacława Maria Witek („siostra Maria”, po prostu) z Lublina jest przełożoną Zgromadzania Urszulanek Unii Rzymskiej i podlegają jej siostry z tego zakonu i z Peru, i z Chile. Najstarszą polską misjonarką jest siostra Bernardyna, jest też siostra Teresa.
Ale pewnie dla miejscowych od imion zakonnic i zakonników ważniejsze są ich dzieła. Salezjanie w peruwiańskiej stolicy otworzyli dom dla „dzieci ulicy”. Są w nim nastoletni alkoholicy i ich rówieśnicy – narkomani. Uciekają od nałogów dzięki wierze, Kościołowi, ale też muzyce: słucham, jak gra ich trzyosobowy band i myślę, że Pan Bóg może nie obdarzył ich silną wolą ani wzorcowymi rodzinami, ale talentami artystycznymi na pewno. Misjonarze żyją tutaj skromnie. Jeden z nich śmieje się, że „niejeden biskup na panamskiej liście jest” (aluzja do Panama Papers – ujawnionej dokumentacji z rajów podatkowych). Ale polscy franciszkanie czy salezjanie w Peru nie mają się czego obawiać.
Klękam w bazylice mniejszej pw. Matki Bożej Wspomożycielki. To jedna z czterech bazylik mniejszych w Limie. Zbudowano ją w 1921 r., obsługują ją nasi rodacy w habitach (a często i bez nich). W niej mieszczą się największe organy w Peru, składające się z 2800 piszczałek. Przyglądam się pięknym starym witrażom (szkoła wiedeńska) z 1934 r. Nasi salezjanie mają ręce pełne roboty, bo w niedzielę odprawia się tu nawet 11 mszy. W gościnnych kościelnych progach ćwiczy miejscowy zespół taneczny. Jego nazwa mówi wszystko „Pasion por la danza”. Ci młodzi ludzie, rzeczywiście pasjonaci tańca, występowali w Paryżu z okazji 50-lecia UNESCO, ale byli też w USA i Meksyku. Zespół ma osiem lat i aż 70 przygotowanych układów tanecznych. „Młode Peru” wkłada w taniec tyle żaru, ile nasi górale w krzesanego. Pot ścieka z młodych tancerzy, a tańczą tak, jakby obserwowało ich 5 tys. ludzi, a nie garstka na próbie. Specjalnie dla mnie taniec huaylas – zapachniało górskim wiatrem, bo to także nazwa prowincji w centralnych Andach. A drugi taniec to cazador de Anahuac, czyli „myśliwy z Anahuac”.
Producto Peruano i seviche
Ale nie samą wiarą i muzyką żyje człowiek. Przy Museo Larco zajadam się najbardziej znanymi przysmakami wybornej zresztą, ponoć najlepszej na kontynencie, kuchni peruwiańskiej. Causa de Langostinos składa się z krewetek (stąd nazwa), ziemniaczanego pure i awokado. Następnie to, z czego Peru słynie, czyli seviche. To surowa ryba, w tym wypadku z cytryną (stąd nazwa seviche limone), cebulą, kawałkiem ośmiornicy i papryką. Ciekawe, że tradycyjnie potrawę tę jedzono nie na kolację, jak spożywam ją ja, ale w południe, na obiad. Otóż rybacy łowili ją o świcie, przed wiekami nie można jej było długo trzymać, lodówek nie znano, trzeba więc było spożyć ją już po paru godzinach. Wreszcie tacu con lomo saltado, czyli naprawdę smaczna polędwica wołowa z ryżem i fasolą. Do tego wszystkiego lokalne piwo Cusquena i idiotyczne decyzje peruwiańskiej państwowej komisji wyborczej (prohibicja w dzień wyborów) irytują już jakby mniej. A co zaś do samej tutejszej PKW, po spotkaniu z jej pięcioma członkami (sami panowie) przybranymi w czerwono-biało-czerwone szarfy, dochodzę do wniosku, że nawet osoby cierpiące na głęboką bezsenność miałyby sporą szansę ozdrowieć i po parunastu minutach wysłuchiwania tych dżentelmenów wreszcie zdrowo pospać. Owa piątka działa pod tym względem niczym zbiorowy terapeuta – niestety, gorzej idzie im z wyborami i ustaleniem (oraz przestrzeganiem) reguł gry.
Jeszcze o muzeach i jedzeniu. Niedaleko jednego z nich mieści się kultowa restauracja „Huaca Pucllana”. Nazwa wzięła się z języka keczua, drugiego najpopularniejszego w Peru po hiszpańskim: huaca to „święte miejsce”. Także święte w sensie kulinarnym. Jeżeli ktoś zarzuci mi, że w kontekście Peru tyle piszę o jedzeniu, da dowód na to, że kompletnie nie rozumie tego – uwaga, jednego z dwudziestu największych pod względem powierzchni! – krajów świata. W rankingach 20 najlepszych restauracji Ameryki Łacińskiej większość znajduje się właśnie tu, w Peru.
Ze swojej kuchni Peruwiańczycy po prostu są dumni. Mają powody. Zostawmy kuchnię elitarną, zajmijmy się ludową. Ni to bar, ni maleńka knajpka na kilka stolików o nazwie określającej wszystko – i że to kuchnia swojska, domowa i że to mały, nigdzie niereklamowany skrawek kulinarnej mapy Peru: „La casita blanca”, czyli „Biały domek”, w rzeczy samej. Na przystawkę po konsultacji z obsługą i dwoma innymi Peruwiańczykami biorę papas a la huancaina. Nazwa wzięła się od regionu Huancayo w środkowozachodniej części państwa. Potrawa jest prosta. Składa się z ziemniaków (produkt narodowy), kawałka jajka i żółtego sosu, zrobionego z sera, mleka i żółtego pieprzu (stąd kolor). Na drugie biorę, podpatrzywszy u sąsiadów, tallarines con lomo fino – cienkie mięso z zielonym makaronem – na peryferiach stolicy, w lokaliku, za którego nie dałbyś złamanego sola, ta potrawa też jest wizytówką narodowej sztuki kulinarnej. Do tego kolejne lokalne piwo, choć z dziwnie znajomą nazwą: Pilsen Callao, dobre, choć słabe (ledwie 5 proc.). Na puszce podkreśla się, że to „Producto Peruano”, co zresztą przypomina mi wiele sloganów z kończącej się właśnie kampanii wyborczej. Puszka inaczej niż w Europie, nie ma objętości 0,66 litra, tylko 0,63, mniejsza zaś nie tradycyjnie, jak u nas, 0,5, tylko 0,473 l.
„Polski koszer” w Limie
Miejscowi Polacy podejmują mnie peruwiańskim przysmakiem narodowym, czyli świnką morską. Oj, nie zostanę jej fanem, mimo podziwu dla sztuki kulinarnej tego kraju. Zaczynam rozumieć to, co mi tu mówiono. Po pierwsze, że na tym kontynencie, gdy chodzi o jedzenie – i nie tylko – nie istnieje słowo „przesada”. Po drugie, że „w Peru nie ma grzechu łakomstwa czy obżarstwa – jest tylko serdeczność ludzi”.
Na koniec coś, co połączy obie części tego tekstu, bo będzie i o księżach, i o alkoholu. Naprawdę nic złego. Otóż polscy salezjanie w Ameryce Łacińskiej produkują absolutnie „koszerny” alkohol na potrzeby Żydów z USA. Czy to nie pasjonująca historia? Zakonnicy z odległej Europy, z katolickiego kraju, ojczyzny Jana Pawła II, spełniający wszystkie wyśrubowane normy koszerności dla jakże wymagających „starszych braci w wierze” z drugiej Ameryki! Nasi zakonnicy mają świetnie funkcjonującą fabryczkę, która eksportuje rocznie tysiące butelek wina na Słowację. Rodacy od św. Jana Bosko żałują tylko, że leżąca po sąsiedzku od Bratysławy ich ojczyzna na razie nic nie bierze. Ta manufaktura została założona jeszcze na początku lat 30. ub.w., bo po prostu było potrzebne produkowane we własnym zakresie, a więc tańsze, wino mszalne. Z czasem, z całych winogron, zaczęto wytwarzać słynne peruwiańskie pisco. Ojcowie cierpliwie tłumaczą mi różnicę między pisco a grappą i częstują różnymi rodzajami win.
A ja dziś w dalekiej Brukseli wznoszę toast za naszych rodaków w Limie i pod Andami.