Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Ryszard Czarnecki,
21.03.2016 12:45

Wielkie ambicje wielkiego kraju

Poza orężem militarnym, gospodarką czy dyplomacją istnieje również, używana przez mądre kraje, soft power. Jak się jej używa, pokazały niedawno Indie.

Poza orężem militarnym, gospodarką czy dyplomacją istnieje również, używana przez mądre kraje, soft power. Jak się jej używa, pokazały niedawno Indie. Ten drugi pod względem liczebności naród świata, a jednocześnie pierwsza demokracja globu, zorganizowała w Nowym Delhi World Culture Festival.

Festiwal trwał trzy dni i kosztował, według nieoficjalnych danych, 42 mln dol. Plus jakieś straty ekologiczne, bo obrońcy środowiska naturalnego narzekali, że parę milionów ludzi, którzy wzięli udział w inauguracji festiwalu, naruszyło ponoć ekosferę rzeki Jamuny. Ale w wymiarze politycznym było warto: Hindusi w transmisji gigantycznego – o tym za chwilę – koncertu emitowanego w przeszło 40 krajach pokazali bogactwo i różnorodność własnej kultury, ale też potrafili sformułować przekaz, że są promotorem kultury innych narodów i pomostem między krajami z różnych kontynentów.

Byłem, widziałem i podziwiałem ten projekt skutecznie służący poprawie wizerunku państwa nie tylko wielowiekowej kultury, ale też wielkich slumsów, nędzy dziedziczonej z pokolenia na pokolenie i wciąż istniejących, choć już nie tak powszechnych jak kiedyś, podziałów kastowych. Miałem niebywałą okazję przemawiać do kilkumilionowego tłumu – wraz z charyzmatycznym premierem Indii Narendrą Modi. Zdarzało mi się dwukrotnie mówić do około stu tysięcy ludzi (obie sytuacje miały miejsce w Paryżu i dotyczyły wieców emigrantów z Iranu) – ale mówić do milionów, to jednak rzecz wyjątkowa. Ludzie, którzy pojawili się na Światowym Festiwalu Kultury, przyszli nie po to, żeby posłuchać – entuzjastycznie zresztą przyjmowanego – szefa rządu w Nowym Delhi ani tym bardziej mnie czy byłego premiera Francji Dominique’a Villepina, przesłania premiera Japonii Shinzo Abe czy mowy prezydenta Kolumbii Juana Manuela Santosa, lecz żeby wysłuchać występu wspólnie grających 1008 artystów dhangari dhol – nazwijmy ich perkusistami – czy orkiestry składającej się z 8500 (!) muzyków grających na 50 różnych instrumentach czy wreszcie chóru składającego się z 1050 (!) śpiewaków. Albo choćby usłyszeć 600 perkusistów grających na hinduskim instrumencie perkusyjnym zwanym pakhawaj.

Prezydent i premier – średnia wieku 73,5 roku

Miałem okazję do rozmowy z szefem indyjskiego rządu – wcześniej, tyle że w Bombaju (nazywanym obecnie Mumbajem), a nie w stolicy, spotkał się z nim wicepremier RP Piotr Gliński. Jako że występowałem w roli wiceprzewodniczącego Parlamentu Europejskiego, nasza rozmowa dotyczyła głównie zbliżającego się z końcem marca szczytu Unia-Indie. Narendra Modi przyjedzie na niego w drodze na G20 do Waszyngtonu (14–15 kwietnia 2016 r.). Ten młody, jak na warunki Indii, bo 66-letni polityk (dla przykładu prezydent Pranab Kumar Mukherjee skończy w tym roku 81 lat) jest pierwszym w historii tego państwa premierem urodzonym już w czasach niepodległości. Potrafi doskonale nawiązać kontakt z tłumem, jest wybitnym oratorem. Szefem rządu jest dzięki głosom biedniejszych mieszkańców Indii oraz klasy średniej – to jego elektorat. Skądinąd World Culture Festival znakomicie wykorzystał do promocji własnej osoby. To też trzeba umieć. Wcześniej czterokrotnie wybierany był na premiera stanu Gudźarat, o którym było głośno z powodu antyislamskich zamieszek i którym rządził w sumie przez 13 lat.

Narendra Modi jako szef rządu w Nowym Delhi dokonał w krótkim czasie rzeczy wielkich. Bardzo poprawił stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, które to mocarstwo dotychczas stawiało w regionie na Pakistan, czyli tradycyjnego wroga Indii. Teraz polityka Waszyngtonu jest bardziej zniuansowana. Skądinąd dla Modiego rzecz miała aspekt także osobisty: przez dekadę był objęty zakazem wjazdu na amerykańskie terytorium. Poprawił również bardzo relacje z Brukselą. Cóż, do państw Unii Europejskiej też miał przez dziesięć lat wstęp wzbroniony!

Ale to akurat średnio obchodzi setki tysięcy Hindusów i cudzoziemców z całego świata, którzy na brzegu Jamuny, mimo potwornej ulewy, chcą posłuchać, głównie zresztą tradycyjnej, muzyki oraz zobaczyć tańce w układach po kilkaset osób. Organizatorzy mówią mi, że widzowie festiwalu to ok. 3,5 mln ludzi. Szef parlamentu Sri Lanki (dawniej nazywanej po prostu Cejlonem), który występuje jakiś czas po mnie, twierdzi, że będzie ich ze trzy miliony. Ale znajomy dyplomata upiera się, że nie ma nawet dwóch milionów ludzi. Tego nie wiem, choć na pewno od czasu pielgrzymek polskiego papieża do ojczyzny w tak tłumnych uroczystościach nie brałem udziału.

Zatem słucham klasycznego, tradycyjnego instrumentu ze stanu Tamil Nadu zwanego nadaswaram i rozmyślam o mądrości Hindusów, którzy tak potrafią się rozreklamować. Naród (choć pewnie w tym wypadku lepiej mówić o państwie, tworzonym przez wiele nacji i grup etnicznych), znany w świecie ze świętej Matki Teresy z Kalkuty, Bollywoodu, świętych krów i Kamasutry, ewentualnie sanskrytu (dla bardziej wtajemniczonych), pokazuje twarz wielowiekowej bogatej kultury. Jakże innej od powszechnie panujących stereotypów. Cóż, trudno, żeby nie robił wrażenia występ 1700 (!) tancerzy przedstawiających klasyczny taniec z północnych Indii. A zaraz potem także grupa 1700 tancerzy prezentuje taniec wywodzący się z Indii południowych. By później, w ramach gościnności, dać szansę 500 artystom towarzyszącym gwieździe z Argentyny Patricii Sosie, której występ nawiązuje do muzyki latynoamerykańskiej.

Koniecznością jest wysłuchanie ministra kultury, młodzieży i rozwoju społecznego Zjednoczonych Emiratów Arabskich, szejka Nahyana bin Mubaraka al-Nahyana. Choć oczywiście o wiele ważniejsza dla władz w Nowym Delhi jest obecność byłego premiera Pakistanu Yousafa Razy Gillaniego. W ten sposób Indie pokazują, że w tej niekończącej się historii konfliktu hindusko-pakistańskiego to one są stroną, która wyciąga rękę. Prawda jest jednak taka, że to obie strony wyciągają dłoń, tyle że w praktyce jest ona zaciśnięta w pięść.

Hinduskie „balance of power”: kongresmeni z USA, gubernator z Rosji

Lista mówców na World Culture Festival ma pokazać, że z Indiami wszyscy muszą się liczyć. Jest zatem dwoje przedstawicieli Izby Reprezentantów Kongresu USA – Mike Quigley i Robin Kelly (oboje z Partii Demokratycznej) – ale są też wiceszef Parlamentu Andyjskiego, Peruwiańczyk Hildebrando Tapia Samaniego czy wiceprezydent Surinamu Ashwin Adhin oraz – po sąsiedzku – wicepremier Nepalu Kamal Thapa. Słowem: Indie są potęgą globalną – takie wrażenie mają odnieść setki tysięcy Hindusów, którzy tu przyszli, jak również lwia część spośród 160 (!) ambasadorów akredytowanych na festiwal w Nowym Delhi. Warto wspomnieć, że Indie są jednym z czterech krajów na świecie, w których wszystkie 28 państw członkowskich UE ma swoje ambasady (obok USA, Chin i Rosji).

Indie – za czasu podziału świata na dwa antagonistyczne polityczne bieguny, będące liderem bloku państw tzw. niezaangażowanych – mają chyba sentyment do przeszłości. Albo też próbują polityki „balance of power” wyrażanej starym polskim powiedzeniem, że „pokorne cielę dwie matki ssie”. Tak należy tłumaczyć zaproszenie na ów Światowy Festiwal Kultury... gubernatora Murmańska Jewgienijae Kujwaszewa. Ten rosyjski „komponent” musiał być dla władz indyjskich bardzo ważny, skoro w ten sposób usiłowano zrównoważyć obecność dwojga amerykańskich kongresmenów. Wystąpił też 30-osobowy chór z regionu Swierdłowska z tradycyjnymi pieśniami z Uralu. To spora ekipa, choć oczywiście nieporównywalna z np. 1310 artystami z chrześcijańskiego regionu Indii, jakim jest Kerala, którzy pokazywali lokalne tańce. Czy też z tysiącem tancerzy z himalajskiego stanu Himaćal Pradeś.

Warto też odnotować obecność na liście mówców byłego premiera Jordanii Adnana Badrana. Byli też prezydenci z Afryki – z Nigerii i Mozambiku (wspierani zresztą przez 200 perkusistów z krajów afrykańskich). Budowanie relacji hindusko-afrykańskich można odczytać jako próbę, skądinąd dość nieśmiałą, stworzenia jakiejś formy alternatywy dla bardzo mocnego zaangażowania ekonomicznego (i po części politycznego) Chin na Czarnym Lądzie.

Indie: gracz ponadregionalny

Nie wiem, czy ostatecznie World Culture Festival oglądało 3,5 mln ludzi, czy mniej, i tak zapadnie mi on w pamięć. Gdy przemawiałem, zapadał zmrok i te setki tysięcy coraz mniejszych i odleglejszych ludzi zlewało się tam gdzieś, na granicy horyzontu, z wszechogarniającą ciemnością.

Kongres się opóźnił, bo Nowe Delhi nawiedziła ulewa, miasto zostało sparaliżowane, a ja pobiłem rekord stania w korkach: trasę, którą można przejechać w 20 minut, góra pół godziny, pokonałem w dwie i pół godziny, głównie zresztą stojąc, a nie jadąc. Cóż, taka szkoła cierpliwości dla Europejczyków.

To było jednak tylko preludium przed następnym dniem. Wtedy przez Nowe Delhi przeszła istna deszczowa nawałnica trwająca kilka godzin. Ci, którzy tu żyją, mówili, że od lat nie było tutaj takiego oceanu spadającego z góry. Wszystko płynęło. Słowa też, bo miało miejsce Forum Globalnego Przywództwa, którego organizatorem było World Forum for Ethics in Business. Miałem zaszczyt wygłosić tam przemówienie otwierające. Byłem w ciekawym towarzystwie mówców: byli premierzy Francji, Słowenii, Pakistanu, Jordanii, Bhutanu, Norwegii, były wicepremier Jordanii, urzędujący wicepremier Nepalu, minister kultury Norwegii, minister transportu, autostrad i rybołówstwa Indii, były prezydent Nigerii, wiceminister do spraw lokalnych Izraela, był szef MSZ-etu Sri Lanki oraz przewodniczący parlamentu tegoż kraju, szef spółki wydającej „Forbesa”, byli też przedstawiciele brytyjskiej Izby Gmin, Bundestagu, Izby Reprezentantów USA, Knesetu, Senatu Belgii, Parlamentu Europejskiego (poza mną pięć osób), minister kultury Łotwy, senator z Pakistanu, parlamentarzysta z Iraku, wiceminister pracy z Wielkiej Brytanii, przedstawiciel Banku Światowego, sekretarz generalny organizacji współpracy państw islamskich, minister stanu z Belgii, wiceprezydent londyńskiej Izby Handlu i Przemysłu, prezes Narodowego Banku Indii, parlamentarzysta z Kolumbii, minister kolejnictwa Indii, minister turystyki i gościnności (sic!) Zimbabwe, senator z Meksyku, wiceprzewodniczący CDU, burmistrzowie z Holandii i Belgii, były premier stanu Wiktoria z Australii, parlamentarzyści z Surinamu i Zimbabwe oraz Szwajcarii, członek Izby Lordów, senator Francji, były minister kultury Jordanii, były piłkarz reprezentacji RFN, parlamentarzysta z Afganistanu i wielu innych.

Po co ta jakże długa lista mówców na kolejnej konferencji organizowanej przez Indie? Przecież nie jest to „lista płac” polityków – choć zapewne w większości, poza tymi, którzy obecnie zajmują stanowiska rządowe czy w prezydiach parlamentów, hinduski podatnik sfinansował im podróż i pobyt w New Delhi. Ale właśnie nie tylko milionowe rzesze widzów na Światowym Festiwalu Kultury, ale też kilkudziesięciu polityków z całego świata na obu imprezach finansowanych w wielkim stopniu przez rząd Indii miało pokazać zarówno sąsiadom tego państwa, jak i wszystkim możnym globu, że Nowe Delhi ma aspiracje i że z tym państwem należy bardzo się liczyć nie tylko ze względu na demografię. Państwo zamieszkane przez rozmaite nacje, bardzo zróżnicowane pod względem językowym, narodowościowym, społecznym i ekonomicznym, ma poczucie swojej wzrastającej siły i realnej roli nie tylko w regionie i na subkontynencie, ale też w świecie. World Culture Festival i Forum Przywództwa miały pokazać i pokazały wolę Nowego Delhi bycia punktem odniesienia w skali ponadregionalnej. Do tego Indie używają polityki kulturalnej i innych instrumentów soft power. Kopiować nie sposób, ale warto się od nich tego uczyć.

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane