Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tadeusz Płużański,
05.07.2014 15:29

Kociołek niewinny jak Jaruzelski

Ostatnio kilkakrotnie pytano mnie, jak oceniam wyrok (a właściwie jego brak) na Stanisława Kociołka. Czy jestem zdziwiony bezkarnością wicepremiera PRL?

Ostatnio kilkakrotnie pytano mnie, jak oceniam wyrok (a właściwie jego brak) na Stanisława Kociołka. Czy jestem zdziwiony bezkarnością wicepremiera PRL? Odpowiedziałem: to niestety nic dziwnego. Uniewinnienie kata Trójmiasta wpisuje się w genezę III RP, w przesądzoną przy Okrągłym Stole grubą kreskę, czyli abolicję dla zbrodniarzy komunistycznych.

Trzynaście lat temu, w 2001 r. napisałem tekst o Grudniu ’70. Zaczynał się tak: „Po pięciu latach śledztwa i kolejnych pięciu procesu, dziś można już właściwie stwierdzić, że gen. Wojciech Jaruzelski nigdy nie odpowie za »sprawstwo kierownicze« strzelania do robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 r. Przy długiej liście świadków (1100 osób) i jeszcze większej liczbie zeznań do odczytania (2400), wyrok – jeśli w ogóle zapadnie – to za kilka, a najpewniej za kilkanaście lat, ale wtedy nie będą już żyć ani oskarżeni, ani ich ofiary. Wymiar sprawiedliwości III RP osiągnie sukces, jeśli prokuratorowi uda się odczytać liczący 400 stron akt oskarżenia”.

Kat Trójmiasta?

Jak wiadomo, wyrok w sprawie odpowiedzialności Jaruzelskiego za Grudzień’70 w ogóle nie zapadł. Towarzysz generał zmarł i nie zdążył być osądzony również za inne swoje zbrodnie, przede wszystkim za wprowadzenie stanu wojennego. Ale pozostali winni masakry na Wybrzeżu też w pookrągłostołowej Polsce nie ponieśli żadnej kary. Teraz Temida Najjaśniejszej uniewinniła Stanisława Kociołka – kata Trójmiasta, jak śpiewała m.in. Krystyna Janda w kultowej już „Balladzie o Janku Wiśniewskim” (naprawdę Zbyszku Godlewskim, 18-letnim chłopaku zamordowanym 17 grudnia 1970 r. w Gdyni). I gdyby ów kat Trójmiasta chciał, mógłby dziś zaskarżyć tekst, twierdząc, że katem nie jest, bo nie został skazany, ale jest np. bohaterem.

Zmieniony tekst mógłby brzmieć: „Stanisław Kociołek to bohater Trójmiasta. Przez niego żyją dzieci, niewiasty” itd…

12 oskarżonych

Przypomnijmy, że podczas robotniczych demonstracji w 1970 r. na Wybrzeżu (do dziś nazywanych nieadekwatnie wydarzeniami grudniowymi) zginęły 44 osoby, a ponad 200 było rannych. W 1995 r. o kierowanie zbrodnią zabójstwa prokuratura oskarżyła 12 osób. Byli to (według funkcji, jakie pełnili w 1970 r.):

1) Generał Wojciech Jaruzelski, szef MON,

2) Kazimierz Świtała, szef MSW,

3) Stanisław Kociołek, wicepremier rządu PRL,

4) Generał Tadeusz Tuczapski, wiceszef MON,

5) Generał Józef Kamiński, dowódca Pomorskiego Okręgu Wojskowego,

6) Generał Stanisław Kruczek, dowódca 8. Dywizji Zmechanizowanej,

7) Generał Edward Łańcucki, dowódca 16. Dywizji Pancernej,

8) Podpułkownik Mirosław Wiekiera, dowódca 3. Batalionu 55. Pułku Zmechanizowanego,

9) Major Wiesław Gop, dowódca plutonu 10. Pułku Wojsk Obrony Terytorialnej,

10) Pułkownik Władysław Łomot, dowódca 32. Pułku Zmechanizowanego,

11) Podpułkownik Bolesław Fałdasz, zastępca Łomota ds. politycznych,

12) Pułkownik MO Karol Kubalica, komendant Szkoły Podoficerskiej MO w Słupsku.

Sprzeczne z prawem

Nie ulega wątpliwości, że głównym odpowiedzialnym za strzelanie do robotników jest ówczesny I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka – on wydał taką decyzję. Jej bezprawność polegała na tym, że zgodnie z Konstytucją PRL mogła ją podjąć jedynie Rada Ministrów, a tego nie uczyniła. Trupa Gomułki nie można jednak postawić przed sądem.

Nie oznacza to wcale, że pozostali, oskarżeni potem, byli bez winy. Jaruzelski i Świtała drogą służbową przekazali polecenie Gomułki swoim podwładnym, ci swoim podwładnym i tak dyrektywy góry dotarły do dowódców pododdziałów, którzy wydali rozkazy żołnierzom i milicjantom.

Jaruzelski był oskarżony o to, że „pełniąc funkcję Ministra Obrony Narodowej PRL, kierując działaniami Wojska Polskiego zmierzającymi do stłumienia wystąpień ludności protestującej przeciwko podjętej przez Radę Ministrów PRL decyzji wprowadzającej zmiany cen detalicznych, w dniu 15 grudnia 1970 r., na polecenie I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki, wydał sprzeczny z prawem, w szczególności z art. 32 pkt. 7 Konstytucji PRL, rozkaz użycia broni palnej przez działające w rejonach demonstracji oddziały i pododdziały wojskowe, przewidując i godząc się, że może to spowodować zgon nieokreślonej liczby osób w następstwie oddanych strzałów”.

Zdaniem oskarżającego prokuratora Bogdana Szegdy nie tylko Jaruzelski, ale każdy z wymienionej dwunastki miał pełną świadomość skutków użycia broni. Innymi słowy, zdawali sobie sprawę, że poleje się krew. Kontrolowali przebieg wydarzeń i w każdej chwili mogli zmienić wydane polecenia, ale tego nie zrobili.

Oskarżeni chorują

Wróćmy do mojego tekstu z 2001 r.: „Dziś przed warszawskim sądem okręgowym (proces przeniesiony z Gdańska, aby umożliwić dalsze prowadzenie sprawy) z dwunastki oskarżonych staje tylko ośmiu. Lekarze już wcześniej uznali, że Kazimierz Świtała i Karol Kubalica są na to zbyt chorzy. Na ostatniej rozprawie z tego samego powodu sąd wyłączył z procesu i zawiesił na czas nieokreślony sprawę gen. Kamińskiego. Nie pojawił się również gen. Łańcucki, gdyż lekarz z Zakładu Medycyny Sądowej skierował go na badania kardiologiczne”.

Skąd my to znamy. Rok 1995, 2001 czy 2014 – zawsze to samo, resortowi sędziowie przy pomocy resortowych lekarzy nie chcą sądzić innych „resorciaków”, szczególnie tych wyższego szczebla, decydentów, przywódców partii i państwa.

Odnośnie do szefa MON w 1970 r., czyli przyszłego przywódcy wojskowej junty, która 11 lat później wypowiedziała wojnę narodowi, napisałem: „Generał Jaruzelski też był chory, ale nie na tyle, aby przekonać o tym lekarzy i opinię publiczną. Gdyby siedział spokojnie w domu... a tak występował publicznie – spotykał się z kombatantami (ostatnio w sądzie jeden z nich w dowód wdzięczności wręczył generałowi pęk czerwono-białych goździków), uczestniczył w spotkaniach poświęconch dorobkowi PRL i jego przełomowym datom (w tym Grudzień ’70 r. i stan wojenny), udzielał wywiadów, głównie życzliwej mu »Gazecie Wyborczej«”.

Hitler kogoś osobiście zabił?

W wypadku Jaruzelskiego też niewiele się zmieniło. Aktywny politycznie i towarzysko był w 2001 r. i tak pozostało niemal do końca jego nikczemnego życia. Wiele lat przed śmiercią przekonał jednak sąd, że choroba nie pozwala mu przychodzić więcej na rozprawy. Przekonał również życzliwą mu „Gazetę Wyborczą”, a na pewno dziennikarza Adama Leszczyńskiego, który recenzując ostatnio moją najnowszą książkę, nie mógł się nadziwić, że jeden z biogramów „Listy oprawców” poświęciłem właśnie Jaruzelskiemu. Bo jaki z niego oprawca? – pytał Leszczyński. Bo przecież, tak jak Cyrankiewicz, „nikogo nie skazał ani nie torturował”. To samo dotyczy Kociołka. Żaden ceniący się historyk nie napisze: niewinny. Może to uczynić jedynie dziennikarz „GW”, powołując się przy tym na wyrok sądu. Tylko czy te same standardy kompetentni i racjonalni żurnaliści postępu stosują wobec drugiego morderczego totalitaryzmu – niemieckiego nazizmu? Bo czy Hitler kogoś osobiście zabił? Goering czy Goebbels z tych samych powodów nie mogliby się znaleźć nie tylko na mojej, ale na żadnej liście oprawców. To samo zresztą dotyczyłoby oberoprawcy Stalina.
 

Autor jest publicystą, szefem działu Opinie „Super Expressu”. Napisał książki o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2”, „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, „Lista oprawców”, jest prezesem Fundacji „Łączka”

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane