Przesłuchać Dominę i Mońkę!
Pogrzeb żołnierzy Wojska Polskiego i działaczy politycznych zamordowanych przez komunę, a teraz ekshumowanych i identyfikowanych w kwaterze „Ł” (na Łączce) cmentarza na Powązkach Wojskowych w
Kancelaria Prezydenta RP zaakceptowała pomysł Fundacji „Łączka”, aby centralne uroczystości zorganizowano na pl. Piłsudskiego w Warszawie, razem z mszą św., a następnie – o co też się biliśmy – pożegnamy naszych bohaterów w wielkim kondukcie żałobnym idącym przez całe miasto na Powązki. Bronisław Komorowski, jako zwierzchnik polskich Sił Zbrojnych, dla chowanych żołnierzy Rzeczypospolitej zaproponował ceremoniał wojskowy.
Nikt nie zostanie w ziemi
Kolejny sukces Fundacji „Łączka” to uzyskanie poparcia prezydenta dla idei Panteonu Polskich Bohaterów, który stanie na miejscu dołów śmierci, do których byli zrzucani po sowieckim strzale w tył głowy w ubeckiej katowni przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Potem szczątki Niezłomnych zostały dodatkowo pohańbione. Bo oni nie zostali przecież pochowani. Nie mieli pogrzebu, nie odprowadzał ich żaden kondukt, nie żegnała rodzina ani ksiądz, a zamiast trumny i grobu zafundowano im miejsce w bezimiennym dole.
Dlatego tak ważne jest dziś, aby po latach spoczywania w ziemi – przez te wszystkie lata PRL‑u i III RP – ich grób oddawał wielkość ich heroicznej walki i tragizm męczeńskiej śmierci. A panteon na wzór Cmentarza Orląt Lwowskich może powstać tylko wówczas, gdy zdejmowane na czas trzeciego etapu ekshumacji groby (ponad 190), postawione celowo na dołach śmierci w latach 80., już tam nie wrócą.
Szczegóły dopracowuje teraz Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Instytucja kierowana przez Andrzeja Kunerta, która odpowiada za upamiętnienie, musi do września br. zdążyć wybudować choć część panteonu i w ekspresowym tempie znaleźć na to pieniądze. A realizacja trzeciego etapu ekshumacji leży w rękach Instytutu Pamięci Narodowej. Zaraz po naszym spotkaniu w Kancelarii Prezydenta wydano komunikat, że prokuratorzy IPN‑u „prowadzą od początku roku czynności w sprawie realizacji trzeciego etapu prac ekshumacyjnych na Łączce”. Pismo umożliwiające rozpoczęcie prac na wiosnę br. skierowano do Zarządu Cmentarzy Komunalnych w Warszawie, a wniosek o „przygotowanie miejsca pod czynności ekshumacyjne” trafi – jak zapewnia IPN – do władz m.st. Warszawy.
Dlaczego ten etap jest tak ważny? Ma on doprowadzić do wydobycia z dołów śmierci wszystkich – czyli około setki – spoczywających tam Żołnierzy Wyklętych/Niezłomnych. Nie rozpoczniemy budowy Panteonu Polskich Bohaterów i nie będziemy mogli urządzić im uroczystego pogrzebu, dopóki w ziemi pozostanie choć jeden polski patriota.
Jak wyglądały egzekucje?
Prócz formalnego rozpoczęcia śledztwa IPN powinien przesłuchać żyjącego do dziś byłego stalinowskiego prokuratora Zbigniewa Domino, bardziej znanego jako autor powieści „Syberiada polska”, która opowiada o jego dziecięcych przeżyciach w sowieckich łagrach, dokąd trafił zesłany wraz z rodziną. Wspomnienia stały się podstawą zrealizowanego niedawno filmu Janusza Zaorskiego pod tym samym tytułem. Tymczasem po wojnie Domino brał udział w komunistycznej prowokacji, mającej wyeliminować przedwojenne kadry WP – egzekucjach polskich lotników ze słynnego „spisku w wojsku”, oskarżonych o szpiegostwo na rzecz imperialistów. 7 sierpnia 1952 r. o godz. 20.30 w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie nakazał rozstrzelać: płk. Bernarda Adameckiego, płk. Józefa Jungrava, płk. Augusta Menczaka, ppłk. Stanisława Michowskiego, ppłk. Władysława Minakowskiego, ppłk. Szczepana Ścibiora. Staranny podpis Zbigniewa Domino widoczny jest na dokumencie egzekucji. To tylko kilku bohaterów, których szczątki po sowieckim strzale w tył głowy oprawcy wrzucili do dołów śmierci w dzisiejszej kwaterze „Ł” na Powązkach Wojskowych. Liczymy na to, że wreszcie zostaną zidentyfikowani.
Domino powinien opowiedzieć, jak owe egzekucje wyglądały. Jak wyglądali skazańcy po wcześniejszym skatowaniu przez bezpiekę? Jak się czuli, kiedy odczytywał im wyrok krzywoprzysiężnego sądu? Powinien wreszcie opisać ostatnią drogę niewinnie skazanych. Jest to dłużny historii, a przede wszystkim stalinowskim ofiarom i ich rodzinom.
Z ofiary kat
Czytelnik może spytać: jak z łagiernika Domino stał się stalinowskim prokuratorem? Po zakończeniu wojny z Niemcami wrócił do kraju, zdał maturę i wstąpił do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Walczył z „bandami”. 21 czerwca 1949 r. zgłosił się ochotniczo do WP. Szybko trafił do Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze. Przyspieszone kursy prawnicze, szkolące „prokuratorów nowego typu”, ukończył jako prymus i został oficerem śledczym Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu. Później pracował na różnych stanowiskach w Zielonej Górze i w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. W ten sposób sybirak – ofiara stalinizmu – został prominentnym funkcjonariuszem stalinowskiego systemu bezprawia. Zaufanym człowiekiem słynnego kata Polaków Stanisława Zarakowskiego.
Domino nie tylko uczestniczył w egzekucjach polskich patriotów, ale także domagał się dla nich kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela. Przełożeni pisali o nim: „Do reakcji odnosi się z nienawiścią”, jego wystąpienia „odznaczają się dużą bojowością i podnoszeniem strony politycznej”.
Gomułkowska odwilż nie podcięła kariery Zbigniewa Domino. W latach 1956–1969 nadal pracował w NPW, zawsze na kierowniczych stanowiskach związanych z „zadaniami specjalnymi”, z krótką przerwą (1959–1963), kiedy był oddelegowany do Marynarki Wojennej. W międzyczasie został pułkownikiem i ukończył prawo. Od roku 1969 do 1973 był prokuratorem Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Rzeszowie. Służbę ojczyźnie (którą, jak wiemy z filmowych plakatów, ma w sercu) ukończył w 1975 r. na stanowisku oficera do zleceń specjalnych Głównego Zarządu Politycznego WP. Ale jego doświadczenie nie mogło być zmarnowane. Zanim został wziętym, nagradzanym literatem, w latach 1980–1985 i 1989–1990 był radcą Ambasady PRL w Moskwie.
W III RP Domino zeznawał jako świadek w sprawie czterech śledczych, którzy w latach 50. znęcali się nad oficerami WP, aresztowanymi pod fikcyjnym zarzutem uczestnictwa we wspomnianym „spisku w wojsku”. Były prokurator potwierdził, że oskarżeni ubecy stosowali niedozwolone metody przymusu. Teraz czekamy na jego opowieść o stalinowskich procesach i egzekucjach.
„To się odbywało nocą”
Ale Domino to niejedyny stalinowiec, który ma wiedzę o Łączce i którego IPN powinien przesłuchać. W Hrubieszowie mieszka, przez nikogo nieścigany, zastępca naczelnika więzienia mokotowskiego ds. politycznych Ryszard Mońko. Dwa lata temu odwiedziłem go i pytałem m.in. o Władysława Turczyńskiego, który wyjeżdżał z ciałami zamordowanych więźniów poza mury Rakowieckiej. To Turczyński jest podpisany pod dokumentem z 12 kwietnia 1956 r., wskazującym na Łączkę jako miejsce, w którym zrzucano i zakopywano zwłoki. Pismo to, odnalezione przez IPN, pozwoliło rozpocząć ekshumacje na Powązkach.
Mońko, stateczny, cieszący się dobrym zdrowiem i wysokim resortowym uposażeniem emeryt, odpowiedział: „Turczyński był grabarzem i kierowcą sanitarki, którą wywoził z więzienia zwłoki. Potem nadzorował pochówki. To się odbywało nocą. Nie był z bezpieki, tylko ze Służby Więziennej. W stopniu podoficera. Turczyński pracował na Rakowieckiej przez lata. Gdy ja byłem na Mokotowie, miał około trzydziestki”. Dziś wiemy, że grabarz Turczyński już nie żyje.
Mońkę pytałem również o przebieg egzekucji rtm. Witolda Pileckiego, pod którą jest podpisany. Mońko mówił: „Wzięli go pod ręce. Czterech ludzi. On powiedział: »Będę szedł sam«. Założyli mu białą opaskę na oczy. Widziałem to dokładnie, szedłem 30–40 m dalej. Nim doszedłem do miejsca – kotłowni – jego już rozstrzelano. Prócz kata Śmietańskiego był prokurator, ksiądz. Słyszałem jeden strzał”.
Autor jest pisarzem, publicystą, szefem działu opinie „Super Expressu”, autorem książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych: „Bestie”, „Bestie 2” i „Oprawcy. Zbrodnie bez kary”, prezesem Fundacji „Łączka”.