Wyszukiwanie

Wpisz co najmniej 3 znaki i wciśnij lupę
,Tadeusz Płużański,
24.03.2014 22:03

Budujemy panteon dla Niezłomnych

7 marca 1949 r., po trwającym ponad rok brutalnym śledztwie, zostali straceni w katowni bezpieki przy ul.

7 marca 1949 r., po trwającym ponad rok brutalnym śledztwie, zostali straceni w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie dowódca Hieronim Dekutowski „Zapora” i sześciu jego podkomendnych – żołnierzy WiN-u.

Po katyńskim strzale w tył głowy wyrzuceni zostali na śmietnik obok cmentarza na Powązkach. W bezimiennym dole śmierci mieli pozostać na zawsze. Diabelski plan komunistów jednak się nie powiódł. Dziś ekshumowani i zidentyfikowani czekają na godny pogrzeb w panteonie na Łączce.

„Byłam przekonana, że oprawcy tak go poćwiartowali, spopielili, posypali wapnem, żeby nigdy nie udało się go odnaleźć. Potem, w miarę ekshumacji na Łączce, nadzieja, że wróci do nas, była coraz większa. Aż w końcu stało się” – wspomina Krystyna Frąszczak, siostrzenica majora „Zapory”.

„Czołem – Hieronim”

Hieronima Dekutowskiego zna dziś coraz więcej Polaków. Po latach komunistycznego zniewolenia wrócił do zbiorowej świadomości jako bohater: cichociemny, oficer AK, Delegatury Sił Zbrojnych i Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Po wojnie obronnej 1939 r. w Wojsku Polskim we Francji i Wielkiej Brytanii. We wrześniu 1943 r. przerzucony na teren okupowanej ojczyzny. Przeprowadził kilkadziesiąt akcji zbrojnych, chronił ludność przed represjami. W sierpniu 1944 r. podjął nieudaną próbę przedostania się na pomoc walczącej Warszawie. Po „wyzwoleniu” był najsłynniejszym antykomunistycznym żołnierzem Lubelszczyzny. Znów skutecznie bronił Polaków – tym razem przed sowieckim okupantem.

Po kolejnej amnestii z lutego 1947 r. i nieudanych rozmowach z przedstawicielami MBP o ujawnieniu się, podjął próbę przedostania się na Zachód. 12 września 1947 r. wydał – jak się później okazało – swój ostatni rozkaz, przekazując dowództwo kpt. Zdzisławowi Brońskiemu „Uskokowi”. W prywatnym liście do „Uskoka” napisał: „Ja dziś wyjeżdżam na angielską stronę – jestem umówiony z chłopakami co do kontaktów, jak będę po tamtej stronie. Stary – najważniejsze, nie daj się nikomu wykiwać i bujać, jak tam wyjadę, załatwię nasze sprawy pierwszorzędnie – kontakt będziemy mieć i tak. Czołem – Hieronim”. (W 1949 r. „Uskok” zdetonował pod sobą granat, nie chcąc wpaść w ręce UB podczas obławy.) Żołnierze „Zapory”, docierając kolejno (w połowie września 1947 r.) do punktu przerzutowego w Nysie na Opolszczyźnie, trafiali bezpośrednio w ręce katowickiego UB. Wydanych przez konfidenta zaporczyków przewieziono na Rakowiecką i poddano okrutnemu śledztwu.

Mundur hańbił katów

Stefan Korboński, Delegat Rządu na Kraj, zapamiętał: „O tym, że »bandyta Zapora« to Hieronim Dekutowski »opinia publiczna« dowiedziała się dopiero po rozpoczęciu procesu”. 3 listopada 1948 r. w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Warszawie, oprócz Dekutowskiego, na ławie oskarżonych zasiadło jego sześciu podkomendnych oraz ich polityczny przełożony Władysław Siła-Nowicki.

Nowicki, który jako jedyny przeżył, po latach wspominał, że na rozprawę ubrano ich w mundury Wehrmachtu: „Ten mundur hańbił katów, nie ofiary. I nieskończenie ważniejszym od naszego ubrania było to, co przed sądem krzywoprzysiężnym mówiliśmy podczas procesu”. Żaden z oskarżonych nie przyznał się do absurdalnych zarzutów, nie pokajał się. „Zapora” wziął na siebie całą odpowiedzialność. Pytany, dlaczego zamiast się ujawnić, pozostał ze swoimi żołnierzami, odpowiedział: Byłem związany ze swoimi ludźmi trudem i walką, byłem ich dowódcą. Nie mogłem umyć rąk i zostawić ich jak grupy bandyckie w terenie, bez dowództwa”.

15 listopada 1948 r. „sąd” skazał siedmiu zaporczyków na kilkakrotne kary śmierci. Na Rakowieckiej znów zostali poddani brutalnemu śledztwu. W celi dla „kaesowców”, gdzie siedziało ponad sto osób, podjęli próbę ucieczki – przez kilka tygodni wiercili dziurę w suficie i przez strych chcieli dostać się na dach jednopiętrowych zabudowań gospodarczych, a stamtąd zjechać na powiązanych prześcieradłach i zeskoczyć na chodnik Rakowieckiej. Wsypał ich jeden z więźniów kryminalnych, licząc na złagodzenie wyroku. Skuty w kajdany „Zapora” trafił na kilka dni do karceru.

Cały artykuł ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie"

Wesprzyj niezależne media

W czasach ataków na wolność słowa i niezależność dziennikarską, Twoje wsparcie jest kluczowe. Pomóż nam zachować niezależność i kontynuować rzetelne informowanie.

* Pola wymagane