Co się dzieje na drogach?
Donald Tusk nie jest przekonujący, kiedy po kilku latach rządów obiecuje program poprawy bezpieczeństwa na drogach. Co robił do tej pory?
Trudno nie zgodzić się z szefem rządu, który sugeruje, że wypadki drogowe powodowane przez pijanych kierowców są problemem społecznym. Według statystyk za 2012 r. nietrzeźwi spowodowali 3407 wypadków (9,2 proc. ogółu), w których zginęło 475 osób (13,3 proc.), a rannych zostało 4071 osób (8,9 proc.). W tej liczbie nietrzeźwi kierujący pojazdami byli sprawcami 2336 wypadków, w których zginęło 306 osób, a rannych zostało 3125 osób. „W odniesieniu do ogólnej liczby wypadków spowodowanych przez kierujących, nietrzeźwi sprawcy stanowili 7,7 proc.” – głosi raport policyjny. Te liczby kryją ludzkie tragedie, ale przecież także wydatki państwa, w których największą część stanowi służba zdrowia oraz praca sądów, policji itd.
Szczypta relatywizmu
Zwróćmy jednak uwagę, że cała debata o prowadzeniu samochodu po alkoholu odbywa się w klimacie potępienia moralnego. O ile w kontekście wypadku w Kamieniu Pomorskim takie podejście jest uzasadnione, o tyle czy możemy tak myśleć np. o kimś, kto został zatrzymany przez policję i miał np. 0,7 promila we krwi, podczas gdy w Polsce dopuszczalny poziom alkoholu we krwi to 0,2 promila?
Tymczasem dopuszczalny limit alkoholu we krwi u kierowcy w Szwajcarii, na Malcie, we Włoszech i w Luksemburgu wynosi 0,8 promila. Jest to całkiem sporo. Możemy szacunkowo przyjąć, że dla przeciętnego mężczyzny będzie to oznaczało legalne prowadzenie pojazdu po spożyciu dwóch piw lub np. wypiciu pół butelki wina z żoną na obiedzie w restauracji. Liczba krajów europejskich, w których dopuszczalna ilość alkoholu we krwi wynosi 0,5 promila, jest tak duża, że nie ma sensu jej prezentować. Przypomnijmy, że ta norma jest ponad dwa razy wyższa niż obowiązująca w Polsce. Czy te kraje to pustynie moralne, zacofane państewka, które powinny brać przykład z tak światłych państw jak Białoruś, w której dopuszczalna ilość alkoholu we krwi to zero promili?
Oczywiście, że nie. Mając zatem na uwadze np. przyzwoitego Szwajcara, który legalnie wraca z restauracji i ma we krwi 0,8 promila alkoholu, powinniśmy mieć świadomość, że polskie limity nie są dobrym punktem odniesienia dla ocen moralnych formułowanych wobec kierowców.
Przemilczany problem
Dlaczego jednak Szwajcar może jechać legalnie po dwóch piwach, a Polak już nie? Odpowiedź na to pytanie prowadzi nas na dwa tropy: kultury panującej na drogach danego kraju oraz poziomu wyszkolenia kierowców. Jeżeli poziom kultury i umiejętności jazdy są niskie, to nawet umiarkowana ilość alkoholu niebezpiecznie obniża poziom zdolności kierowcy do prowadzenia pojazdu, poniżej rozsądnego minimum. Kierowca dobrze wyszkolony, a przede wszystkim świadomy zagrożeń w ruchu drogowym może sobie pozwolić na znacznie więcej. To właśnie casus Szwajcarii.
O ile rząd nie ma narzędzi, by wpływać na kulturę jazdy, o tyle może poprzez ustawy i rozporządzenia kształtować umiejętności kierowców, regulując system ich szkolenia.
Tymczasem w Polsce poziom instruktorów nauki jazdy woła o pomstę do nieba. Na kursach nacisk położony jest przede wszystkim na teorię, a warunki brzegowe stawiane kandydatom na instruktorów są śmiesznie niskie. By zostać instruktorem nauki jazdy, wystarczy mieć prawo jazdy co najmniej od trzech lat, a egzamin praktyczny dla instruktora może zgodnie z prawem ograniczyć się do placu manewrowego, bez wyjechania na miasto. W gruncie rzeczy zatem poza rozbudowaną teorią egzamin instruktorski może (nie musi – to zależy od egzaminatora, rozporządzenie daje mu tu wolną rękę) być łatwiejszy niż egzamin na prawo jazdy! Nie ma żadnych przeszkód formalnych, by instruktorem został ktoś, kto jest faktycznym żółtodziobem w ruchu drogowym, a manewry na placu „wykuł” niczym uczeń tabliczkę mnożenia. Efekty tego stanu rzeczy widać na drogach – zarówno u kierowców jeżdżących niepewnie, wolno, jako zawalidrogi, jak również u dość bezmyślnych „mistrzów kierownicy”, którzy bezwiednie przekraczają swoje umiejętności.
Szkoda, że premier nie zajął się problemami jakości szkolenia. Wymagałoby to jednak zadarcia z lobby instruktorskim, które pozostaje silną grupą biznesową. W XXI w. jest czymś niepojętym, że częścią szkolenia dla instruktorów nie są np. zajęcia na płycie poślizgowej (prostej instalacji służącej do ćwiczenia poślizgów), które byłyby znakomitym testem umiejętności kandydatów na instruktorów.
Łatwiej jest jednak premierowi wykorzystać zrozumiałe emocje związane z bulwersującym wypadkiem i budować swój wizerunek, promując rozwiązania, które nie dotykają najważniejszych problemów bezpieczeństwa ruchu drogowego – nawet jeśli w większości są one słuszne.
Wątpliwe podstawy optymizmu
Podczas wystąpienia na konferencji rządowej minister sprawiedliwości Marek Biernacki wspomniał, że statystyki wypadków z udziałem nietrzeźwych kierowców z lat 2010–2012 pokazują trend spadkowy. W podobnym tonie napisany jest wstępny raport policji dot. bezpieczeństwa ruchu w 2013 r. Czytamy w nim: „4,5 proc. mniej wypadków, prawie 8 proc. mniej zabitych, ponad 5 proc. mniej rannych i ponad 5 proc. mniej nietrzeźwych [w porównaniu z rokiem poprzednim – J.P.]” i dalej: „Te optymistyczne dane potwierdzają, że policyjne działania są skuteczne i prowadzą do ograniczenia zdarzeń na drogach i ich konsekwencji”.
Warto jednak zauważyć, że tylko w latach 2010–2012 z Polski wyjechało 130 tys. rodaków. Mogłoby się wydawać, że to mało w kontekście liczby mieszkańców Polski i nie powinno istotnie wpływać na statystykę wypadków. Pamiętajmy jednak, że wyjeżdżają głównie ludzie młodzi. A to oni właśnie powodują nieproporcjonalnie dużo wypadków jako kierujący. W 2012 r. ludzie z przedziału 18–39 lat (nieco ponad 13 mln) spowodowali śmierć aż 1479 osób, co stanowi prawie 60 proc. wszystkich śmiertelnych wypadków. Liczba pozostałych sprawców wypadków (około 40 proc.) wynosi 25,5 mln osób. Gdy do tego dodamy fakt, że w 2011 r. prawo jazdy otrzymało 570 tys. osób – aż o 262 tys. mniej niż w roku poprzednim – zaczyna się rysować obraz przyczyn spadku liczby wypadków, niekoniecznie związany z działaniami policji i rządu.
Wspomnijmy także o biedzie. Z raportu Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego za 2012 r. wynika, że Polacy zaczęli oszczędzać na paliwie. Zanotowano spadek sprzedaży benzyny o 5 proc., ON o 9 proc., natomiast wzrost LPG o 3 proc. Rodacy zaczęli zatem albo mniej jeździć, albo też część z nich jeździ znacznie wolniej, co radykalnie obniża koszty, ale też wpływa dodatnio na bezpieczeństwo.
Można zatem postawić przewrotną tezę, że Donald Tusk poprawił sytuację na drogach, psując gospodarkę. Wypchnął tysiące Polaków za granicę, a tym, którzy zostali, zaoferował jazdę samochodem jako luksus.
Chore państwo
Wracając jeszcze do problemu nietrzeźwych kierowców, trzeba wspomnieć, że nawet w ramach obecnych przepisów można w surowy sposób rozprawiać się z ludźmi, którzy nie dorośli do bycia uczestnikami ruchu drogowego. Minister Biernacki ma rację, wskazując na zbyt łagodne orzecznictwo sądowe, czego jaskrawym przykładem jest traktowanie recydywistów drogowych karą w zawieszeniu.
Niemniej jednak po 25 latach od odzyskania niepodległości powinien zadać sobie pytanie, kto odpowiada za kondycję moralną polskich sądów? Dlaczego państwo polskie potrafi ścigać obywateli za rozmaite nieistotne uchybienia, natomiast pozostaje liberalne wobec prawdziwych bandytów? O tym przecież mówił już dawno temu poprzednik Marka Biernackiego, minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Myślę, że dzisiejszy stosunek PO do pamięci o śp. prezydencie Kaczyńskim najlepiej pokazuje, co faktycznie myślą politycy Platformy o sanacji państwa, w tym sądownictwa.